PrzewodzikKsiążkowy (ranking)
Jak zwykle przeszkody i jestem spóźniony, ale chyba możemy w końcu zacząć mój kolejny ranking z cyklu „50 best of” – tym razem będzie to 50 najlepszych zbiorów opowiadań. I właśnie – nie pojedynczych opowiadań, ale zbiorów. Tu trzeba jednak zastrzec, że tomy krótkich historii są czasem wyborem nie samych autorów, a redaktorów i wydawców, więc tu będzie po prostu to, co ja czytałem. Będą tu zatem nie tylko edycje, które przygotowali pisarze, ale także kompilacje czy choćby opowiadania zebrane – będą starał się uściślać wydania, żeby nie było wątpliwości, o które mi chodzi. Zasada jest jedna – jeden autor, jeden zbiór, nie ma tu antologii wielu pisarzy.
Muszę przyznać, że stworzenie zestawu najlepszych zbiorów opowiadań było chyba dla mnie najtrudniejsze ze wszystkich dotychczasowych rankingów – bardzo trudno wybrać takie, które utrzymują podobny poziom i nie maja na przykład jednego wybitnego opowiadania, gdy reszta jest średnia lub słaba. Bo, choć uważam, że to powieść jest najdoskonalszą formą opowieści, to jednak napisać naprawdę dobre opowiadanie to wyjątkowa sztuka. W moim rankingu na pewno takie są.
W przeciwieństwie do powieści jest na liście zdecydowanie większa różnorodność rodzajowa, ale moim zdaniem krótka forma dobrze sprawdza się właśnie w gatunkach – stąd też sporo tu fantastyki chociażby.
Jak zwykle – zaczynami od numeru 50. i schodzimy w dół aż do 1., a wpisy będą się pojawiały co jakiś czas. Życzę miłej lektury i by może nawet odrobiny inspiracji literackich.
50.Jerzy Szaniawski „Profesor Tutka”, Kraków 1972. Kiedy ostatnio nazwaliście coś stylowym, uroczym, pełnym wdzięku czy elegancji? Jeśli dawno, a macie taką potrzebę, to polecam ten zbiorek opowiastek, które łączy inteligentny humor, ironię, subtelność aluzji i filozoficzne podejście do życia. W krótkich, z pozoru błahych historyjkach, które profesor Tutka opowiada znajomym (a są wśród nich Sędzia, Radca, Rejent, Mecenas i Doktor), można dojrzeć właśnie to wszystko, a do tego jest to bardzo ładnie i stylowo podane. Wiele osób zna zapewne całkiem dobry serial z Gustawem Holoubkiem w roli tytułowej, który powstał na podstawie tych opowiadań, ale ja zachęcam do zajrzenia do źródła – myślę, że można tam znaleźć dokładnie to, czego oczekuje się od krótkiej formy literackiej.

49.Kazuo Ishiguro „Nokturny”, Warszawa 2017. Kolejny zbiorek również można nazwać stylowym, bo i autor znany jest z dbałości o język i formę. W „Nokturnach” mamy pięć opowiadań, które, co sugeruje tytuł tomu, łączy gównie muzyka, ale także głęboka psychologia oraz kilka różnych osób, miast i sytuacji. Jak zawsze u brytyjskiego autora dużo subtelności i niejednoznaczności, ale o dziwo sporo w tych miniaturach także humoru, czasem nieco gorzkiego, ale jednak. Klimatyczne i nastrojowe tak jak dźwięki instrumentów, które towarzyszą przełomowym momentom w życiu bohaterów – wśród nich można spotkać także Polaka grającego na gitarze na Placu św. Marka w Wenecji. Kto czytał cokolwiek Ishiguro ten się raczej nie zawiedzie, ja się nie zawiodłem.

48.Jacek Dukaj „Król bólu”, Kraków 2010. Ja tam wolę kiedy Dukaj się raczej rozpędza i całkowicie pochłania go opowieść, która rozrasta mu się nagle do kilkuset stron, ale i w krótkiej formie autor ten też ma zdecydowanie dobre momenty. Tak jak w tym tomie, gdzie dominującym motywem jest niemożność przekroczenia granicy drugiej osoby, próby pełnej komunikacji oraz pokonywania wstydu i bariery intymności. Tu zresztą mnóstwo innych wątków i fiksacji Dukaja, jak zawsze w nieco powykręcanej i czasem może zbyt przekombinowej formie - to albo się lubi, albo nie - ja lubię. To wciąż są wciągające kosmosy literackie, choć przecież w mniejszym rozmiarze (to też nie do końca prawda, bo książka liczby bite 800 stron…).

47.Jan Himilsbach “Opowiadania zebrane”, Warszawa 2023. To może być nieco dziwne, ale Himilsbacha tak naprawdę poznałem wcześniej właśnie jako pisarza niż aktora i legendę PRL-u. W biblioteczce mojego ś.p. Taty był m. in. zbiorek „Łzy Sołtysa” i jakoś jeszcze w liceum poczytywałem to sobie i spodobało mi się. Później kilka razy wracałem do jego opowiadań i co tu dużo mówić – moim zdaniem był lepszym prozaikiem niż aktorem (jakim był kamieniarzem to nie wiem). Niezła fraza, dobry słuch i wyczucie oraz naprawdę duża celność tych historyjek, z których przynajmniej kilka jest przecież wciąż jakoś obecnych wśród opowiadań drugiej połowy XX wieku: „Monidło”, „Party przy świecach”, „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” - to choćby te, które zekranizowano. Dużo dobrze oddanej peerelowskiej rzeczywistości i obyczajowości. Tu daje odnośnik do wydania zbiorowego, bo po co się ograniczać, a te najlepsze i tak też tu są ;-)

46.Ivo Andrić „Dom na odludziu”, Warszawa 1979. No co ja poradzę, że lubię pisarstwo Andricia i żałuje tylko, że obok potężnego „Mostu na Drinie” czytałem jeszcze tylko ten zbiorek opowiadań. A mamy w nim wszystko, z czym kojarzą się Bałkany – ta bliska egzotyka, ta gwałtowność i energia, ta niemal baśniowa nierealność postaci i zdarzeń, która płynie niemal z każdej historii z tego regionu. No, a serbski Noblista nam to pięknie odmalował, a przede wszystkim widać u niego ogromną miłość i sympatię do ludzi, a zatem także do swoich bohaterów. Nieduże (150 stron), a cieszy.

45.Jorge Luis Borges „Powszechna historia nikczemności”, Warszawa 2023. Pierwszy Borges na liście, na razie daleko, bo to jeszcze nie jest TEN Borges, choć i w tym tak właściwie debiucie pisarskim Argentyńczyka, mamy zapowiedź późniejszych motywów, tych raczej z nożem w zębach. Miniatury o wielkich gwałtownikach (i gwałtowniczce (?), bo przecież jest tu i Wdowa Cing, herszt piratów!) to znakomite mikro-studia ludzkiej pychy, zawiści i bezwzględności podlane sosem niesamowitości i tego co mają chyba tylko pisarze z Ameryki Łacińskiej – jakiego rodzaju fatum, które wisi nad bohaterami. I moim zdaniem, jeśli ktoś nie zna Borgesa, to ja bym od tego nie zaczynał – to są świetne opowiadania, ale nie tego oczekujesz myśląc „Borges”. Zatem to zostawiamy na deser, a nawet lekki deserek.

44.Daphne du Maurier “Ptaki”, Warszawa 1997. Mnie do książek często sprowadzają filmy i zapewne domyślacie się jaki obraz przywiódł mnie, dość dawno już temu, do tego zbioru? No oczywiście klasyczny film Hitchcocka i wcale nie dziwię się, że „Mistrz Suspensu” wziął na warsztat akurat to opowiadanie autorki "Rebekki". Bo jest tu wszystko co trzeba by czytelnika nieco zaniepokoić i rozemocjonować – du Maurier świetnie dawkuje napięcie i ładnie prowadzi historię aż do finału. Inne opowiadania nie sa aż tak dobre, ale z pewnością wystarczająco, aby przeczytać cały ten zbiorek z ciekawością, a momentami nawet z wypiekami na twarzy (moim ulubionym „Monte Verita”). Naprawdę dobra klasyki rozrywki czytelniczej. Wiem, że jest nowe wydanie Albatrosa z 2023 roku, ale nie jestem pewien czy zawiera ten sam zestaw opowiadań, choć raczej powinno.

43.Haruki Murakami „Mężczyźni bez kobiet”, Warszawa 2015. Tak naprawdę znam dość słabo twórczość Japończyka, bo raptem dwie powieści i ten zbiór, ale to właśnie te kilka opowiadań do dziś, po ładnych kilku latach wciąż odbijają się echem w mojej głowie. To pewnie przez dojmujący smutek i samotność tych mocno psychologicznych opowieści – mam jakieś wrażenie, że to też japońska specyfika tych historii, ale to tylko nic nie znacząca intuicja, więc można ja zignorować. No i tylko żałuje, że wciąż nie widziałem filmu na podstawie najlepszego opowiadania z tomu: „Drive my car”, ale to chyba da się załatwić. Nie wiem czy to literatura tylko dla mężczyzn, ale na pewno głównie dla mężczyzn, bo to oni mogą się tam dość intrygująco przejrzeć.

42. Andrzej Stasiuk “Mury Hebronu”, Warszawa (?) 1992. To dla mnie książka inicjacyjna w pewien sposób, ustanawiająca mnie nie tyle nawet czytelnika, co niedoszłego pisarza – między innymi to właśnie te opowiadania więzienne, który były debiutem pisarza, powodowały w młodym człowieku, jakim byłem czytając je, chęć takiego właśnie pisania i takiego "bycia". Krwistego, mięsistego, prawdziwego – takim widziałem się w literaturze, choć nic z tego nie wyszło prócz kilku nieudolnych prób do szuflady. Jest to zbiór dla mnie ważny, nigdy do niego nie wróciłem, ale on wciąż we mnie jest i dlatego musi być na liście. Rozumiecie – z takim rzeczami się nie igra.

41. Rafał A. Ziemkiewicz „Czerwone dywany, odmierzony krok”, Warszawa 1996. Stary dobry RAZ – kiedyś były RAZ-y, dziś nie ma RAZ-ów. A to kilka naprawdę porządnych kawałków sci-fi z klimatami niedalekiej w sumie przyszłości, która zmierza do przykrego końca, a teraz w sumie nas już dogoniła. Sporo tu oczywiście przestrzelonych prognoz, choć niektóre przewidywania, szczególnie ze „Źródło bez wody” całkiem trafne. Przede wszystkim jednak to wciąż interesujące i utrzymane w dobrym stylu pisarstwo fantastyczne, które dobrze się czyta, a krótsza forma sprawia, że zupełnie nie nudzi, a sam pomysł nie wyczerpuje się za szybko.

40.James Joyce „Dublińczycy”, Kraków 2005. Joyce to dla wielu czytelników tylko „Ulisses”, ale to krzywdząca opinia, szczególnie, że to właśnie z tych opowiadań sporo spraw i zdarzeń weszło do opus magnum Irlandczyka. To proza zdecydowanie łatwiejsza i przystępniejsza niż mała odyseja Leopolda Blooma, ale dająca równie odpowiednią satysfakcję z lektury. Dobre i przede wszystkim ciekawe oddanie klimatu stolicy Szmaragdowej Wyspy sprzed ponad stu lat w kilku intrygujących portretach i rekonstrukcjach zdarzeń. Dla kogoś kto chciały poznać Joyce’a w „bezpieczny” sposób i nie odbić się od zawiłości modernistycznej, strumieniowej prozy jest to pozycja idealna – bo to literatura znakomita. A dla mnie, ponieważ w Dublinie kilka chwil zabawiłem, zawsze w pewien sposób osobista. Ja znam te opowiadania w tłumaczeniu Zbigniewa Batki.

39. Howard Phillips Lovecraft „W górach szaleństwa i inne opowieści”, Poznań 2017. Jest sporo wydań kompilacji opowiadań „Mistrza Grozy”, a ja znam tylko to właściwie, bo Lovecraft odkryty przez mnie wyjątkowo późno. Zawsze jakoś opierałem się temu kultowi (a „Zew Cthulhu dobiegał z wielu stron ;-), ale w końcu i ja uległem. No bo jest niezwykle klimatyczna literatura, która potrafi czytelnika zaniepokoić, a przede wszystkim wciągnąć do swojego mikroświata krótkiej opowieści. Dla mnie właśnie takie historie to trochę sedno krótkiej formy – jest wprowadzenie, akcja, kulminacja, a wszystko podane w dobrej, skondensowanej pigule. W tym tomie są właściwie wszystkie najważniejsze, ikoniczne opowiadania i chyba można go polecić jako edycję reprezentatywną.

38. Dino Buzzati „Polowanie na smoka z falkonetem”, Warszawa 1989. To było moje pierwsze spotkanie z Buzzatim – dopiero później odkryłem „Pustynię Tatarów” i resztę, ale to od tych krótkich opowiastek się zaczęło. A zaintrygował mnie tytuł – bo jak to? Co to ten falkonet i jak się poluje z nim na smoki? Oczywiście szybko się dowiedziałem i polubiłem, bo trudno nie lubić tych historyjek – „historyjek”, bo trochę tu humoresek, trochę dłuższych anegdot, trochę fantastyki, a całość to dobra mieszanina ciekawych opowieści po prostu. Bo o to na końcu w tym wszystkim chodzi – o dobrą opowieść. Jest trochę dowcipu, jest zaskoczenie, ale dominują jednak nuty ciemniejsze. Najbardziej chyba w pamięci zapadło mi opowiadanie tytułowe, ale lubię też to o Einsteinie czy pewnym zawistnym muzyku…

37.Stefan Grabiński „Niesamowite opowieści”, Kraków 1975. Pora na „polskiego Lovecrafta” lub jak kto woli „lwowskiego Poego”, ale ja tam nie lubię takich określeń, bo Grabiński jest swój i jedyny w swoim rodzaju. Ten zbiorek, który jest kompilacją najlepszych opowieści z kilku innych to też dawne, pierwsze spotkanie z tą wyjątkowo w polskich warunkach prozą (rekomendacja Lema na okładce też miała znaczenie). I przez długi czas miałem z Grabińskim tak, że było to swego rodzaju mój sekret – wydawało mi , że tylko ja go znam i czytam, a potem okazało się, że to całkiem popularny autor, szczególnie w pewnych środowiskach. Opowiadania grozy Grabińskiego to na pewno absolutna polska klasyka i jeśli ktoś nie zna, to koniecznie niech nadrobi. Duża elegancja słowa, ładne budowanie napięcia i niemal całkowity brak tanich chwytów tak częstych w thrillerach i horrorach. Must read, jak to mówią w Oklahomie.

36. Gabriel García Márquez „Dwanaście opowiadań tułaczych”, Warszawa 2017. Opowiadania kolumbijskiego Noblisty są o tyle ciekawe, że opowiadają o Europie, a nie o Ameryce Łacińskiej – to w sumie cykl spotkań z różnymi ludźmi podczas jego podróży po Starym Kontynencie w ciągu wielu lat. I to ciekawe patrzeć jak ktoś spoza „naszego” kręgu na nas patrzy, ale tak naprawdę większość tego, co dostajemy od Marqueza i tak jest o nim samym przecież. Oraz o jego przyjaciołach, spotkaniach, rozstaniach. Autor „Jesieni patriarchy” napisał kiedyś: „Dobrego pisarza poznaje się bardziej po tym, co drze na strzępy, niż po tym, co drukuje” i ten zbiór jest tego najlepszym przykładem – tu wszystko, co zbędne został podarte i wyrzucone, a zostało samo gęste.

35.Sławomir Mrożek “Krótkie, ale całe historie. Opowiadania wybrane”, Warszawa 2011. Zbiorów opowiadań Mrożka było wiele, zazwyczaj nosiły tytułów od jednego z nich, ale ja wybrałem taką przekrojową edycję, bo mamy tu wszystko za co lubimy autora „Tanga”. A cenimy za ironię, dowcip, inteligencję, całkiem niezłą wyobraźnię i dość umiejętne nawiązywanie do rzeczywistości w tych swoich drobnych formach. Mamy tu więc słynne "wesele w Atomicach", ale także "Ptaszka ugupu, "Buntownika" czy "Fakira" - samo dobro w humoreskach. Ten przekrój to nie tylko wybór utworów, ale także pewna pespektywa historyczna, bo chronologicznie najstarsze opowiadania z najmłodszymi dzieli wiele lat. Ale w każdym z nich widać rękę Mrożka i jego niepodrabialny styl, który jednych zachwyca, a innych wkurza. Mnie zazwyczaj sprawia dużą przyjemnosć i dlatego ta pozycja jest w rankingu.

34.Leopold Tyrmand “Gorzki smak czekolady Lucullus”, Warszawa 2016. Pisarstwo Tyrmanda to swego rodzaju paradoks – nie ma chyba w polskiej literaturze autora, który stosowałby aż taką autokreacje niż autor „Złego”, a jednocześnie jest w jego twórczości, a w opowiadaniach widać to chyba szczególnie, spory ładunek autentyczności i prawdy. Bo te krótkie migawki to głównie opowieści z jego własnych przeżyć – większość dotyczy jego losów w Skandynawii i Francji podczas okupacji, a taki obraz wojny to jednak coś innego niż jesteśmy przyzwyczajeni (tu podobnie jest z jego powieścią „Filip”). A za fasadą i fascynacjami (sport, jazz) kryje się całkiem głęboka próba zrozumienia ludzi i świata. Ciekawy człowiek przychodzi z ciekawymi historiami i trzeba przyjąć, niech sobie usiądzie i opowie – po to tu jesteśmy.

33.Janusz A. Zajdel „Relacja z pierwszej ręki”, Warszawa 2013. Chyba największy zbiór krótkich form Zajdla (nie jestem tylko pewien czy nie wydany jedynie w formie cyfrowej), który prezentuje 33 najlepsze utwory z ponad osiemdziesięciu opowiadań przez niego napisanych. I jest w nich wszystko za co cienimy tego wybitnego przedstawiciela fantastyki społecznej, choć tu można spotkać znacznie więcej gatunkowej różnorodności i motywów. Mamy więc przewidywanie zagrożeń dla ludzkości opisywanych z naukową precyzją, mamy niewesołe obrazki społeczeństwa przyszłości, ale i podróże kosmiczne czy eksperymenty. I, co jednak mniej obecne w powieściach, jest tu całkiem spora dawka, może nie tyle od razu humoru, co jednak swoistego dowcipu i puszczania oka do czytelnika w niektórych momentach. W krótkiej formie chyba o to łatwiej po prostu.

32.Edgar Allan Poe „Opowieści niesamowite”, Kraków 1984. Dla większości dzisiejszych czytelników opowiadania Poego będą z pewnością zbyt mało mroczne i zapewne zbyt nudne, choć moim zdaniem to ocena bardzo niesprawiedliwa. No, ale ze zmianami wrażliwości trudno dyskutować i nie sposób walczyć – dla mnie „Opowieści niesamowite” to wzór klasycznych opowiadań grozy, w których oprócz nastroju, widać także doskonale lęki i fascynacje epoki, w której żył autor. Widać tam oczywiście także bardzo mocno idiosynkrazje samego Poego, w tym choćby motyw śmierci urojonej. Nie byłoby dzisiejszego horroru bez tych porośniętych mchem i porostami miniatur, więc na liście muszą się znaleźć.

Generated by Thread Navigator
Press ⌘ + S to quick-export
