@Przewodzik: PrzewodzikKsiążkowy (ranking)...
@Przewodzik
28 views
Jan 09, 2026
1
PrzewodzikKsiążkowy (ranking)
100 najlepszych powieści polskich według Przewodzika
1 września to chyba najlepsza data, aby zaprezentować mój osobisty i całkowicie subiektywny ranking 100 najlepszych polskich powieści – co jak co, ale szkoła też kształtuje nasz gust literacki, choć czasem w negatywny sposób. Ja na przykład wciąż nie przeczytałem „Nad Niemnem”...
Jak zwykle kilka uwag. Po pierwsze wszystkie te książki przeczytałem, jeśli czegoś nie przeczytałem, na liście tego na pewno nie będzie, to oczywiste. Po drugie, niektóre rzeczy przeczytałem dwa razy lub więcej, co powoduje pewne problemy, bo kolejna lektura tej samej książki w dużym stopniu weryfikuje pierwotną ocenę – albo utwierdza nas w przekonaniu o wielkości, albo powoduje, że dawna fascynacja się ulatnia. Tego niestety nie przeskoczę, a przykład tego będzie już w pierwszej omawianej książce. Po trzecie - wiele polskich powieści nie czytałem, z wyboru, z przypadku, tak się ułożyło moje czytelnicze życie, że na przykład nie znam „Rodziny Połanieckich” Sienkiewicza, „Panny Nikt” Tryzny czy żadnej powieści Hena (ojca), Brezy lub Kalwasa. Po czwarte, w ustaleniu kolejności na liście brałem pod uwagę wiele czynników, ale na końcu jest zawsze mój gust, moja ocena i osąd danej powieści – inaczej ani nie chciałem, ani się nie da, moim zdaniem to zawsze będzie najważniejsze w takich zestawieniach.
Zasady takie jak zwykle – za chwilę pojawi się pozycja 100, a potem w jednym wątku będziemy jechać w dół aż do numeru jeden. Moje wpisy będą na żywo – każdy będzie pisany tuż przed opublikowaniem, ja mam rzecz jasna w głowie ogólny zarys, ale to zawsze jest pisane „na gorąco” i czasem pojawia się jakaś nowa myśl lub nawet zmiana pozycji, od razu przepraszam więc za błędy i literówki, będę starał się unikać, ale na pewno jakieś się zdarzą.
Zachęcam oczywiście do śledzenia, komentowania, podawania dalej i lajkowania, mam nadzieję, że to będzie całkiem fajna i ciekawa zabawa, liczę na podobny ferment jak przy poprzednich moich rankingach. No właśnie – to tylko zabawa, proszę nie traktować tego tak strasznie poważnie i jak zawsze apeluję o kulturalną dyskusję – niech ten półdarmowy portal na chwilę stanie się lepszym miejscem. Zaczynamy.
100 najlepszych powieści polskich według Przewodzika
1 września to chyba najlepsza data, aby zaprezentować mój osobisty i całkowicie subiektywny ranking 100 najlepszych polskich powieści – co jak co, ale szkoła też kształtuje nasz gust literacki, choć czasem w negatywny sposób. Ja na przykład wciąż nie przeczytałem „Nad Niemnem”...
Jak zwykle kilka uwag. Po pierwsze wszystkie te książki przeczytałem, jeśli czegoś nie przeczytałem, na liście tego na pewno nie będzie, to oczywiste. Po drugie, niektóre rzeczy przeczytałem dwa razy lub więcej, co powoduje pewne problemy, bo kolejna lektura tej samej książki w dużym stopniu weryfikuje pierwotną ocenę – albo utwierdza nas w przekonaniu o wielkości, albo powoduje, że dawna fascynacja się ulatnia. Tego niestety nie przeskoczę, a przykład tego będzie już w pierwszej omawianej książce. Po trzecie - wiele polskich powieści nie czytałem, z wyboru, z przypadku, tak się ułożyło moje czytelnicze życie, że na przykład nie znam „Rodziny Połanieckich” Sienkiewicza, „Panny Nikt” Tryzny czy żadnej powieści Hena (ojca), Brezy lub Kalwasa. Po czwarte, w ustaleniu kolejności na liście brałem pod uwagę wiele czynników, ale na końcu jest zawsze mój gust, moja ocena i osąd danej powieści – inaczej ani nie chciałem, ani się nie da, moim zdaniem to zawsze będzie najważniejsze w takich zestawieniach.
Zasady takie jak zwykle – za chwilę pojawi się pozycja 100, a potem w jednym wątku będziemy jechać w dół aż do numeru jeden. Moje wpisy będą na żywo – każdy będzie pisany tuż przed opublikowaniem, ja mam rzecz jasna w głowie ogólny zarys, ale to zawsze jest pisane „na gorąco” i czasem pojawia się jakaś nowa myśl lub nawet zmiana pozycji, od razu przepraszam więc za błędy i literówki, będę starał się unikać, ale na pewno jakieś się zdarzą.
Zachęcam oczywiście do śledzenia, komentowania, podawania dalej i lajkowania, mam nadzieję, że to będzie całkiem fajna i ciekawa zabawa, liczę na podobny ferment jak przy poprzednich moich rankingach. No właśnie – to tylko zabawa, proszę nie traktować tego tak strasznie poważnie i jak zawsze apeluję o kulturalną dyskusję – niech ten półdarmowy portal na chwilę stanie się lepszym miejscem. Zaczynamy.
2
100. Stefan Themerson „Wykład profesora Mmaa” (1953). Żadna książka Themersona nie trafiła do mojej setki najlepszych powieści obcojęzycznych, czego żałuję, bo bardzo lubię (chyba nawet bardziej niż Tołstoja, o którego tak dużo osób się dopominało). I w zasadzie jest to autor angielskojęzyczny, ale akurat debiutancka powieść była napisana po polsku, dlatego jest na tej liście. Niezwykle zabawna satyra na ludzkość, która opowiada o społeczności… termitów, z tytułowym profesorem Mmaa w roli głównej. Powieść ta byłaby na pewno wyżej na liście, ale tu przykład tego o czym pisałem we wstępie – książka powtórzona po latach, nie sprawiła już takiej radości jak za pierwszym razem, ale wciąż uważam, że to bardzo wartościowe dzieło. W sam raz na otwarcie zestawienia.
3
99. Jakub Żulczyk „Ślepnąc o świateł” (2014). I już na niemal samym początku chyba kontrowersje, a moim zdaniem niesłuszne. No co ja zrobię – uważam, że to dobra powieść. I czymże jest siła literatury, jeśli nie tym: biorę dla mnie anonimowego wówczas autora, jestem pełen uprzedzeń i… po rozpoczęciu czytam ponad 200 stron ciurkiem w nocy. A następnego dnia chce dokończyć. Bo niby cóż mnie mogą obchodzić perypetie warszawskiego dilera narkotyków, a przecież w końcu obeszły całkiem mocno. Żulczyk ma świetny słuch, dobrze buduje postaci i wiarygodnie pokazuje ich w opowieści, która ma poza wszystkim ciekawy, pulsujący rytm. Jest mocno, intensywnie, tak ma być.
4
98. Wacław Gąsiorowski „Huragan” (1901). Chyba mocno zapomniana powieść zapomnianego już dzisiaj autora, który był niezwykle poczytny na przełomie XIX i XX wieku. Zapomnienie trochę zrozumiałe, ale warto czasem odkurzać zmurszałe tomy, szczególnie chyba właśnie takie starsze powieści historyczne – dla mnie wyróżniająca się pozycja o epoce napoleońskiej, łącząca sprawy dziejowe na tym najwyższym poziomie z przygodą i romansem. Zacna ramota można rzec i należy pamiętać, że literatura napoleońska była na długo przed Łysiakiem. To pierwsza powieść z cyklu, który cały wart jest przeczytania, ale wybór padł na tę jedną powieść.
5
97. Wojciech Kuczok „Gnój” (2003). Bardzo słusznie głośna swego czasu rzecz ze średnia ekranizacją („Pręgi”, 2004), ale trudno było przenieść na ekran gęstą, swoistą opowieść autora, której siła jest w niezwykłym języku, własnym narzeczu wręcz. Historia wchodzi pod paznokcie, ale tu język jest kluczem i to on decyduje o wyjątkowości tej prozy. Kuczok zrobił mi tą powieścią lekką dziurę w głowie i zostało bardzo mocne wrażenie – a książka zapamiętana, to książka, którą się wzięło na własność. No to musi być w zestawieniu.
6
96. Wojciech Zembaty „Głodne słońce” (2016). Jedna z najciekawszych rzeczy z fantastyki polskiej ostatnich lat, w której autor wrzucił do literackiego kociołka mity, stereotypy, wyobrażenia i toposy z Ameryki Łacińskiej i kultury azteckiej, dodał chilii i mezcalu, zamieszał i dał do wypicia. Dwa tomy, dużo krwi, mało sympatycznych postaci, a wciąga jak dżungla na granicy Belize z Gwatemalą. Cieszy tematyka, cieszy sposób stworzenia świata i cieszy duża pomysłowość autora. Dużo cieszy, zatem jest na liście.
7
95. Andrzej Kuśniewicz „Lekcja martwego języka” (1977). Ponownie średnio zekranizowana powieść, bo wyszedł z tego potężny snuj filmowy, ale co się nie sprawdza na ekranie, działa dużo lepiej w słowie. A tu rozterki porucznika armii austro-węgierskiej Alfreda Kiekeritza, który pod koniec I wojny światowej zostaje przeniesiony do małego miasteczka w Galicji ze względu na zaawansowaną gruźlicę, robią już zdecydowanie lepsze wrażenie. To taka, zachowując oczywiście miarę, „Czarodziejska góra” w mikroskali. tu też czuć tu ten sam lub podobny słodkawy odór gnijącego powolutku starego świata.
2. Ps. Tak, wiem, że autor był donosicielem bezpieki, ale tu oceniamy literaturę nie życiorysy. Świnie też potrafią czasem dobrze pisać.
2. Ps. Tak, wiem, że autor był donosicielem bezpieki, ale tu oceniamy literaturę nie życiorysy. Świnie też potrafią czasem dobrze pisać.
8
94. Wiktor Gomulicki „Wspomnienia niebieskiego mundurka” (1906). Wspaniała powieść, w której autor wraca do czasów dziecinnych przed powstaniem styczniowym, kiedy jeszcze w Królestwie Polskim nie szalała rosyjska cenzura i carski zamordyzm. Dostajemy zatem po prostu przepiękna nostalgiczna podróż do młodzieńczej Arkadii i jakiś rodzaj niewinności, który bardzo przypadł mi do gustu. Niezwykle to sympatyczna opowieść, wiadomo, przeszłość jest w niej mocno idealizowana i uładzona, ale mój Boże, im starszy jestem, tym mam tak samo przecież. I za uruchomienie tych miłych nut w moim serduszku, powieść znakomitego varsavianisty wskakuje na listę.
9
93. Maria Kuncewiczowa „Cudzoziemka” (1936). Koniecznie chciałem dać do rankingu coś tej autorki, bo mam dziwną słabość i wybrałem powieść najbardziej znaną jednak, ale też taką, którą cenię. To bodaj najlepszy, a przynajmniej literacko najlepszy, dojrzały portret kobiety nieszczęśliwej, która pod koniec życia przygląda się swojemu gorzkiemu losowi, do którego sama przyłożyła w dużej mierze rękę. To proza skupiona na przeżyciach wewnętrznych, dużo w niej prawdy o ludziach i relacjach, mocno psychologizująca, ale na pewno nie w nużący sposób. Tu też ekranizacja, niezława, ale taka proza jest jednak trudna do oddania. Zatem – zdecydowanie lepiej przeczytać.
10
92. Stanisław Pagaczewski „Gospoda pod Upiorkiem” (1968). Nic na to poradzić nie mogę, że jak tylko zaczynam czytać coś Pagaczewskiego (no, raczej jak kiedyś czytałem, bo jednak dawno niczego nie powtórzyłem), to zaraz zaczynałem rechotać, zupełnie jakby mi ktoś zaczął smyrać piórkiem po stopie. Niepodrabialny styl, który cieszy od pierwszego zdania, a tu jeszcze bardzo zabawna historyjka i zwariowana galeria postaci, nie tylko z tego świata. No i wychodzi na to, że mamy w zestawieniu kolejną powieść młodzieżową, ale nie, nie będzie tego ostatecznie tak dużo.
11
91. Stanisław Ignacy Witkiewicz „622 upadki Bunga czyli demoniczna kobieta” (powst. 1911, pierwodruk 1972). Młodzieńcze dzieło Witkacego to doskonała zapowiedź tego, co z niego później wyrosło (no dobra, on w 1911 roku był już dorosłym facetem, ale potem mu się na pewno pogłębiło) – genialne grafomaństwo, które mimo całego swojego pierdolamento i obłapki (a jak wiadomo, obłapka jest najważniejsza) zachwyca, tumani i odrzuca. No i jest w tym wszystkim to szaleństwo, którego oczekujemy od artystów, przynajmniej ja oczekuję żeby już nie mówić za innych. Witkacego się albo lubi albo nie znosi. Ja lubię. Zatem spotkamy się z nim w rankingu jeszcze nie raz.
12
90. Henryk Rzewuski „Pamiątki Soplicy” (1839). Tu nie wiadomo do końca czy to powieść, bo gawęda szlachecka to trochę co innego, ale to spory dobre dla ekspertów, my te gatunkowe spory pomijamy. A ja lubię tę pozycję za coś, co nazywa się „swadą” i co doskonale opisuje dobrego opowiadacza. No i czy mielibyśmy Sienkiewicza, gdyby nie Rzewuski z jego barwnymi historiami? Zabawne w sumie, że autor napisał swojego dzieło jako pastisz, a to wzięło i zrobiło mu psikusa stając się niemal biblią staropolszczyzny i sarmackości. A tak potrafią tylko dzieła wybitne. To będzie chyba najstarsza rzecz na liście.
13
89. Jan Dobraczyński „Listy Nikodema” (1952). Autor niezwykle popularny w PRL-u, noszący chyba swego rodzaju odium „najbardziej paksowskiego pisarza w dziejach”, co nie brzmi zbyt dumnie. Nie czytałem zbyt dużo jego rzeczy i raczej mi się one nie podobały, z wyjątkiem tej, bo to powieść naprawdę bardzo ciekawa. Dobraczyński bohaterem swojego działa uczynił rabbiego Nikodema, którego oczami patrzymy na życie i śmierć Chrystusa, co daje niezwykle interesująca perspektywę. Literatura religijna, która daje sporo do myślenia, a i poznawczo sporo oferuje, bo realia Palestyny sprzed 2 tys. lat oddane dobrze. Rzecz do powtórki, ale kiedy czytać te wszystkie książki i to jeszcze po raz drugi…
14
88. Flora Bieńkowska „Południe wieku” (powst. 1970, pierwodruk – 2019). Powieść, która nie mogła ukazać się w PRL-u i dopiero 6 lat temu (!) ujrzała światło dzienne. Komunistyczna cenzura nie dość, że zabroniła druku to jeszcze kazała zniszczyć maszynopis i wszystkie kopie, co na szczęście się nie udało. Bo ciekawa historia stojąca z książka to na szczęście nie wszystko – mamy tu spory kawałek dobrej literatury, która dotyczy głównie postaw intelektualnych wobec komunistycznej rzeczywistości. Kilka prawdziwych osób z lat 50. mogłoby się tu ładnie przejrzeć, bez wątpienia. Nieco hermetyczne, ale momentami naprawdę intrygujące i celne.
15
87. Tadeusz Nowak „A jak królem, a jak katem będziesz” (1968). Utwór utrzymany w konwencji ludowej baśni czy też przypowieści, gdzie czasem to, co realne miesza się z fantasmagorią. Sporo tu symboliki i odniesień kulturowych, głównie do ludowości. Bo taka to literatura – jakby się wiosną przez kwitnący sad szło i przy okazji słuchało opowieści człowieka, który żył w złym czasie. Proza na pewno nie dla wszystkich, ale jeśli ktoś lubi klimaty etnograficzno-baśniowe to odnajdzie tu sporo przyjemności czytelniczej. Doceniam bardzo, choć chyba nie chciałbym powrotem do lektury burzyć naprawdę pozytywnych wrażeń z pierwszego czytania.
16
86. Eugeniusz Paukszta „Buntownicy” (1963). Wiadomo, że w kategorii „powieści płaszcza i szpady” to trudno dogonić Dumasa czy Sienkiewicza, ale brawa dla autora, znów zapomnianego chyba mocno, bo jego powieść osadzona w XVII-wiecznych Prusach to całkiem wciągająca sprawa – mnie wciągnęła kiedyś mocno. Kanwą historii jest sprawa szlachcica Krystiana Ludwika Kalksteina-Stolińskiego, co już samo w sobie jest bardzo ciekawe, ale tu więcej dobrego – szczególnie dla osób, które cenią wiele wątków i detali typowo historycznych. Dobra powieść historyczna, która zachowuje odpowiedni balans między przygodą a opowiadaniem na serio.
17
85. Emil Zegadłowicz „Zmory” (1935). 90 lat temu powieść wywoła skandal, a Zegadłowicza okrzyknięto pornografem, ale dziś z tej aury zostało chyba tylko mocne, dobre i celne wniknięcie w psychikę dorastającego chłopaka. To niby autobiografia, ale wiadomo, że sporo tu kreacji i moim zdaniem podkręcania wielu spraw, stąd i taki, histeryczny momentami był jej odbiór gdy się ukazała. Dziś, mam wrażenie, że pamfletycznych charakter powieści paradoksalnie łagodzi te wszystkie „brzydkie rzeczy”, bo wiemy, że wyolbrzymione, stąd i czyta się dobrze. Z pewnością jedna z najciekawszych powieści polskich lat 30.
18
84. Władysław Terlecki „Spisek” (1966). Terlecki to bodaj największych specjalista literacki od powstania styczniowego i ta powieść, rozpoczynająca cykl, jest tego najlepszym przykładem (tu w zasadzie mógłby dać tytuł całości, czyli „Twarze 1863”, bo reszta też dobra). Porządny, rzetelny kawał prozy historycznej, gdzie i postacie dobrze zarysowane i dobrze umocowane w opisywanej rzeczywistości. Bohaterem utworu jest Stefan Bobrowski, członek Tymczasowego Rządu Narodowego podczas powstania, który jadąc pociągiem na pojedynek z hr. Adamem Grabowskim, rozmyśla o tym co było, co jest i co będzie. Jeszcze raz – świetnie oddane tło historyczne i niezła głębia psychologiczna głównej postaci, zatem dla mnie się podoba.
19
83. Olga Tokarczuk „Księgi Jakubowe” (2014). Wbrew opinii dwóch przeciwstawnych obozów (bo u nas zawsze są jakieś dwa obozy) Tokarczuk nie jest tak genialna jak o niej niektórzy piszą, ale nie jest też tak zła, jak chcą inni. Ja szanuję i doceniam przede wszystkim za rozmach i szerokość tej powieści, no i za temat, który jest pociągnięty dobrze, choć można kilka zarzutów mieć. Dla dużych powieści zawsze znajdzie się jednak jakieś zarzuty, a to jest powieść duża. Naszej Noblistki już w rankingu nie będzie, choć blisko był „Prawiek i inne czasy”, reszta moim zdaniem, skromnym przecież, zdecydowane słabsza.
20
82. Stanisław Dygat „Jezioro Bodeńskie”(1946). Literatura narodowa, która nie mierzy się lub nie chce mierzyć się z narodowymi mitami, a szczególnie w takim kraju jak Polska, to zupełna pomyłka. Na szczęście mamy kilka książek, które ten wysiłek podejmują. I do nich należy debiut Dygata, który rozlicza nas, ale przede wszystkim sam siebie przecież, z mrzonek i miazmatów naszego narodowego myślenia. I ta przeklęta, nieustanna potrzeba, żeby nas tylko ktoś docenił i pogłaskał… Dość smutna lektura, ale przecież w pewien sposób też oczyszczająca.
21
81. Michał Choromański „Kotły Beethovenowskie” (1970). Autor znany przede wszystkim z „Zadrości i medycyny”, głośnej powieść przed wojną, ale dla nie to właśnie to dzieło jest jego największym dokonaniem – bo czegóż tu nie ma! Powieść psychologiczna, szpiegowska, obyczajowa, kryminał, wszystko dzieje się w małym miasteczku na pograniczu polsko-niemieckim tuż przed dojściem Hitlera do władzy, a ułożone i zorkiestrowane niczym symfonia. Kto czytał moja biografię (no muszę czasem 😉), wie doskonale, że lubię mieszanie gatunków, ale niech to będzie dobre mieszanie, tak jak tu. I koniecznie musi być walnięcie w kotły!
22
80. Janusz Krasiński „Na stracenie” (1992). Powieść, oparta na wątkach autobiograficznych, to rodzaj dokumentu spisanego po latach o życiu w ubowskiej celi, ale też utwór starająca się w literacki sposób oddać życie w powojennej Polsce z perspektywy człowieka pozbawionego podstawowych praw. Tu więzienny kibel, a tam limuzyny komunistów, a wszystko przez to, że ktoś komuś kiedyś coś szepnął. Momentami trudno się to czyta, bo i Krasiński ma dość mocna rękę pisarsko, ale przecież także dlatego, że to niezwykle przejmująca historia i jedno z najważniejszych świadectw o stalinowskiej Polsce. Powieść jest pierwszą cyklu, czytałem jeszcze tylko „Twarzą do ściany”, a nie miałem okazji „Przed agonią”)
23
79. Włodzimierz Kłaczyński „Popielec” (1981). O tej powieści jeszcze w zeszłym roku nawet nie słyszałem, dlatego muszę pochwalić X, a szczególnie jednego użytkownika, który niestety usunął już konto – Maćka Kunigasa. Przeczytana kilka tygodni temu i już wiem, że to jedna z najlepszych rzeczy o codzienności okupacji niemieckiej na polskiej wsi. To niemal naturalistyczna proza, która niczego nie udaje, niczego nie ukrywa, stąd też bierze się jej siła, która wali kłonicą po głowie równo i mocno. Znakomicie oddane skomplikowane relacje w niewielkiej społeczności, gdzie szlachetność i podłość występują pospołu. Jak wszędzie, jak zawsze. O książce chciałbym niedługo napisać więcej osobno, bo warto ją szerzej omówić.
24
78. Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” (2019). O tej powieści pisałem już na profilu jakiś czas temu i wyrażałem wtedy taką myśl, że moja ocena to „trochę walka między zachwytem nad znakomitą formą i jednak sporymi wątpliwościami, co do treści i przesłania”. Te wątpliwości wciąż we mnie są, ale baśń Raka wciąż w jakiś sposób we mnie żyje i rezonuje, a to znak, że trafiła w jakieś czułe punkty i nie daje spokoju. To znaczy też tylko tyle, że literatura swoją rolę spełniła, a takie książkowe „życie po życiu” to atrybut naprawdę dobrej prozy. Z tą książką trzeba się zmierzyć, choć ona może nas pokonać. Ja na razie wciąż walczę. Ale nie docenić nie mogę - to jedna z najlepiej napisanych polskich powieści w XXI wieku.
25
77. Edmund Niziurski „Sposób na Alcybiadesa” (1964). Zdecydowanie moja ulubiona polska powieść szkolna i ogromny sentyment – przeczytana kilka razy, choć teraz boje się do niej zaglądać. Ale chyba już nie muszę – co miało z niej we mnie zostać, zostało i już z tym umrę. Tu nie trzeba chyba więcej pisać, to po prostu jest jeden z takich "literackich kamieni milowych" dla mnie. Cudowna powieść.
26
76. Rafał A. Ziemkiewicz „Walc stulecia” (1998). W tym roku ma się ukazać wznowienie tej powieści i trochę jednak żałuję, że jej sobie nie odświeżyłem – myślę, że wrażenia byłyby raczej tak samo pozytywne jak ćwierć wieku temu, ale kto wie i wtedy obecność w rankingu, no wiecie. Ale to gdybanie, a fakty są takie, że to najlepsza proza od Ziemkiewicza i szkoda, że porzucił fantastykę (no, tak naprawdę to najlepsze są opowiadania , ale to inna para kaloszy w przypadku tego rankingu). Dobrze zbudowany świat, naprawdę ciekawa oraz przekonująca historia - pamiętam, że czytałem z wypiekami na twarzy i to nie ze względu na obecny w niej seks. Panie Ziemkiewicz, rób Pan fantastykę znów!
27
75. Edward Stachura „Cała jaskrawość” (1969). Podobno ze Stachury się wyrasta, ja też tak myślałem jeszcze kilka lat temu, ale powtórzyłem sobie kilka rzeczy i… nie wyrasta się, przynajmniej ja nie wyrosłem, cokolwiek to znaczy. Wciąż działa, wciąż daje ten impuls do autorefleksji i posłuchania szeptów świata. Pięknie sunie ta proza, ten głos wewnętrzny człowieka już chorego, ale z tą choroba się zmagającego i szukającego całej jaskrawości. Się wszystko rozumie, się pójdzie, się będzie żyło. Sted to mój literacki kumpel, kumpla miałbym nie umieścić w rankingu?
28
74. Florian Czarnyszewicz „Losy pasierbów” (1958). Trzecia chronologicznie powieść pisarza, opowiadająca historię polskich emigrantów w Argentynie. Wspaniała proza, choć taka nieoszlifowana, bez całej tej literackiej fatygi, ot, czysta opowieść - z oddechem, szerokim pejzażem, ale jednocześnie intymna, bo to wszak niemal autobiografia. To chyba moja ulubiona część tetralogii Czarnyszewicza, choć ta pierwsza jest jednak najlepsza i w rankingu się oczywiście pojawi. Być może przez tematykę - kiedyś trochę śledziłem podobne losy Polaków z rumuńskiej Bukowiny, którzy wyemigrowali w okolice brazylijskiej Kurytyby - bardzo ciekawe biografie.
29
73. Jarosław Iwaszkiewicz „Czerwone tarcze” (1934). XII-wiek w naszej historii to nie jest chyba częsty temat powieściowy i już choćby dlatego warto na tę powieść autora „Brzeziny” zwrócić uwagę. A tu jest więcej dobrych i ważnych rzeczy, czyli przede wszystkim niezwykle ciekawe oddanie psychologii postaci Henryka Sandomierskiego, szczególnie w kontekście władzy. Rozbicie dzielnicowe to fascynująca epoka i szkoda, ze nie ma dużo więcej literatura pięknej o niej, ale akurat ta, spora powieść, na pewno dobrze oczekiwania spełnia. Literatura historyczna, której nie ima się czas, być może przez brak stylizacji językowej, choć dla mnie to jednak jeden z nielicznych minusów dzieła.
30
72. Szczepan Twardoch „Drach” (2014). Można mieć oczywiście różny stosunek do poglądów Twardocha, do jego czasem agresywnych wypowiedzi wobec Polski i Polaków, ale trudno mu odmówić, że Śląsk czuje i rozumie, co moim zdaniem najlepiej pokazał właśnie w tej powieści. Bardzo dobra panorama niezwykle skomplikowanych śląskich dziejów na przestrzeni ponad stu lat na przykładzie dwóch rodzin. Nieoczywista konstrukcja utworu, jak zwykle dobry u autora język, który poza wszystkim ma zwyczajnie w świecie taki pisarski piąty bieg – czasem naprawdę potrafi wciągnąć i zassać w swojej opowieści. Tu zasysa całkiem często.
31
71. Janusz A. Zajdel „Paradyzja” (1984). Wiadomo, krytycy narzekali, bo to taka „proza inżynierska”, jakaś troszkę koślawa, kanciasta i jest w tym trochę prawdy, ale przecież nie za to ceni się Zajdla, jego się ceni mimo tego. Bo jest za co – niewielu u nas autorów potrafiło tak ładnie, tak celnie pokazać i oddać zagrożenia wszechwładnej władzy i społeczeństwa kontrolowanego. Takiego jak na kolonii kosmicznej „Paradyzja”, z której reportaż ma napisać główny bohater tej opowieści Rinah Devi. W 1984 roku była to oczywista analogia do PRL-u, czy szerzej bloku sowieckiego, ale na szczęście powieść przekracza ramy aktualnej publicystyki i jest zdecydowanie uniwersalna – mało tego, odkrywa kilka prawd ponadczasowych i niezwykle ważnych. I przede wszystkim to wielka tęsknota autora do normalności.
32
70. Wit Szostak „Oberki do końca świata” (2014). Co lubię w prozie Szostaka najbardziej to zrozumienie tego, o czym pisze lub przynajmniej chęć zrozumienia, atak jest właśnie tutaj – autor dobrze czuje i łapie tę ludową rzeczywistość. Moim zdaniem ta piękna opowieść o muzyce ludowej to nawet coś więcej niż realizm magiczny, bo on jest magiczny zapachem naszej ziemi i dźwiękami starych skrzypiec. W poprzednim zdaniu już napisałem, że to piękna opowieść, ale tu warto to podkreślać – to jest piękno swojskości, „naszości”, mocno osadzonej i ukorzenionej. Ech, bądźmy sobą, chwalmy się tym co mamy, tro nie jest gorsze niż jakaś inna kultura, która jest modna. Jestem, było nie było, jednak etnografem, jeśli nie z dyplomu, to na pewno z przekonania, zatem „proza etnograficzna” przemawia do mnie bardzo mocno.
33
69. Adam Wiśniewski-Snerg „Robot” (1973). Pisarstwo Wiśniewskiego-Snerga to rzecz absolutnie osobna i wyjątkowa w naszej literaturze i ciężko ją właściwie zaszufladkować, oczywiście najłatwiej wrzucić do kategorii sci-fi, choć sam pisarz przeciwko temu protestował i nie lubił tak określać swojej twórczości. Czytałem kilka rzeczy i niektóre są tak dziwne, że nie wiem co o nich myśleć, ale debiutancki „Robot” podobał mi się bardzo, bo… wszystko to już w zasadzie widziałem i znałem. Oto bowiem autor zaproponował świat, w którym ludzie są przedmiotem badań Nadistot i są przez nie wykorzystywane. Nie chcę tu wchodzić w szczegóły, ale jest to bardzo podobne do „Matriksa” braci/sióstr Wachowskich, choć w sumie odwrotnie – to film jest dziwnie podobny do powieści, bo przecież późniejszy. Literacko jest dziwnie, sporo tu wykładu i przemów, często wygląda na przydługi esej, ale mocno wwierca się w mózg i daje do myślenia. Popieprzona powieść, ale takich też trzeba, zatem należy się miejsce w setce jak nic.
34
68. Tadeusz Konwicki „Kompleks polski” (1977). Z twórczości Konwickiego najchętniej wybrałbym tak naprawdę „Wschody i zachody księżyca”, bo to jego najlepsza rzecz, ale jednak nie powieść. W tej wybranej też, jak to zwykle u Konwickiego, sporo z jakiegoś onirycznego eseju, no, ale jednak kolejka stojąca w wigilię po radzieckie złote obrączki to znakomite powieściowe tło. Wiadomo, satyra na komunę, ale autor schodzi głębiej – stara się dostać do czeluści polskości, bo tytuł zobowiązuje. Czy dotarł do sedna, do dna? Cholera wie, nikt tam jeszcze nie był, ale powieść warta przeczytania.
35
67. Waldemar Łysiak „ Szachista” (1980). Gdy zaczynałem układać listę powieści do rankingu, wiedziałem, że coś Łysiaka musi się znaleźć na pewno, ale szybko okazało się, że mam jakiś ogromny problem z wybraniem książki. A to jedna się zestarzała, a to inna powtórzona rozczarowała, a to przecież o malarstwie, a to to, a to siamto. W końcu uznałem, że wybiorę utwór, który po prostu najbardziej mi się podobał, bez względu na jego ważność czy doniosłość i wtedy zdecydowanie padło na „Szachistę”. Bo jest tw nim w zasadzie wszystko co lubię - doskonale oddane tło historyczne, postacie historyczne jak żywe i przede wszystkim – znakomita, wciągająca i dobrze opowiedziana historia. Napoleon, spisek, Mechaniczny Turek, Szamotuły – czegóż chcieć więcej?
36
66. Antoni Libera „Madame” (1998). Omawiając niektóre pozycje w moim rankingu polskich filmów lubiłem podkreślać ich elegancję oraz stylowość i tak muszę zrobić też przy tej powieści, która jest na pewno jednym z najlepszych rodzimych utworów prozatorskich końca zeszłego wieku. Bildungsroman o dorastaniu podczas gomułkowskiej „małej stabilizacji”, który cieszy piękną frazą, subtelną ironią i spokojną mądrością człowieka, który ma dystans do siebie i swojej przeszłości. Ja bym jeszcze podkreślił humor, w sumie delikatny, a jednak dobrze przyprawiający to niezwykle smakowite danie literackie. I któż, moi drodzy Panowie, nie podkochiwał się w nauczycielce? To w sumie sprytny zabieg autora, aby męski czytelnik tak bardzo utożsamiał się z protagonistą. Pozdrawiam moją dawną nauczycielkę od geografii 😉
37
65. Tadeusz Dołęga-Mostowicz „Kariera Nikodema Dyzmy” (1931). Idę o zakład, że większość zna postać Dyzmy jednak z serialu, a nie z powieści, a pewne różnice są i dlatego warto ją przeczytać. Dołęga-Mostowicz to był arcysławny przed wojną pisarz, którego nazywano „królem powieści wagonowej” – najlepiej czytało się je podobno w pociągu jako wypełniacze czasu. Bo to jest oczywiście literatura popularna, ba, można nawet powiedzieć współczesnym językiem – „komercha”. No i bardzo dobrze, nic w tym złego, bo przecież najzwyczajniej w świecie dobre i chwyta tam, gdzie ma chwytać. Przydałaby się taka satyra na naszą współczesną klasę polityczną – tak celna i tak złośliwa.
38
64. Jerzy Krzysztoń „Obłęd” (1979). Jednego jestem pewien – nigdy nie wrócę do tej wydanej już po samobójczej śmierci autora powieści, bo zwyczajnie nie dałbym rady udźwignąć tego brzemienia, szczególnie, że mam, małe, bo małe, ale jednak własne problemy. Ja nawet nie potrafię uznać, czy to polecać, bo sam nie wiem, może ten obłęd potrafi się udzielać, bo to niezwykle przykre, smutne, straszne, ale też fascynujące i pociągające, a przecież momentami jednak nawet pogodne i życzliwe wobec życia i świata. A przecież sporo też rozpoznania świata w tych schizofrenicznych epizodach. Morze paradoksów. Wchodzenie tak głęboko do czyjejś głowy to robota tyle ciekawa, co niebezpieczna po prostu. Jak chyba żadnej książki z tej listy, wobec tej jestem trochę bezbronny i nie potrafię o niej składnie pisać…
39
63. Sergiusz Piasecki „Bogom nocy równi” (1938). Piasecki to był chwat nad chwaty jednak i absolutny samorodek pisarski, ja po prostu uwielbiam jego dezynwolturę, hucpę, łapanie przygody, jego wewnętrzne poczucie wolności po prostu (a facet wiedział, co to niewola, bo przecież siedział w pierdlu). I zazdroszczę jego zupełnie naturalnego daru opowiadania w taki sposób, że czyta lub słucha się z otwartą gębą - powieść ta znakomicie oddaje realia pogranicza polsko-sowieckiego i pierwszych lat istnienia dyktatury proletariatu z pozycji kogoś, kto to dobrze poznał i zrozumiał. Rzecz obowiązkowa, jeśli kogoś interesują klimaty szpiegowskie przedwojennej Polski.
40
62. Stanisław Lem „Solaris” (1961). Najbardziej znana powieść Lema, ale moim, jak zawsze skromnym zdaniem nie jest jego najlepszą, ale wystarczająco dobrą, by znaleźć się w zestawieniu. I trzeba przeczytać, bo jeśli ktoś zna jedynie adaptacje filmowe Tarkowskiego i Sodebergha, bo wciąż będzie daleko od powieści moim zdaniem. Bo proza autora „Bajek robotów” jest wyjątkowo oporna i odporna na ekranizację, o czym zresztą pisałem na profilu. „Solaris” także, bo jak to całe Lemowskie bogactwo literacko-filozoficzno-naukowe pokazać i zmieścić w dwóch godzinach? A sama powieść? Jeśli dodamy do siebie niezwykłą wyobraźnię i talent pisarski to w równaniu wyjdzie duża przygoda czytelnicza.
41
61. Hanna Malewska „Kamienie wołać będą” (1946). Pisarstwo historyczne Malewskiej odkryłem całkiem niedawno, stąd i wiele nie przeczytałem, ale to co się udało bardzo cieszy. To niezwykle świadoma, mądra literatura, która rozumie historię i dobrze pokazuje człowieka w jego własnym otoczeniu dziejowym. Dobrze widać to na przykładzie tej powieści, którą omawiałem osobno na swoim profilu jakiś czas temu. Odbudowa katedry w średniowiecznym Beauvais daje autorce pretekst do naprawdę zajmującej opowieści o życiu ludzi w tej arcyciekawej i niesprawiedliwie ocenianej epoce. Duża wiarygodność przedstawionego świata i jego obyczajowości oraz adekwatność ciekawej stylizacji językowej – to dwa ogromne plusy tej prozy.
42
60. Wit Szostak „Poniewczasie” (2019). I jakby mnie ktoś zapytał na ulicy o czym to jest, to co mam powiedzieć? Powieść, ale antypowieść, dziennik, ale antydziennik, strumień świadomości przetykany literaturoznawczymi esejami, ale i proza poetycka. Znakomite językowo, intrygujące intelektualnie, odświeżające formalnie, może zbyt autotematyczne i wsobne, ale kurczę, literatura zawsze jest o pisarzu i człowieku przecież. Bo to jest o wszystkim i o niczym, o postrzeganiu świata, przeżywaniu go, przetwarzaniu i przeżuwaniu. A potem literackim „wydalaniu”, "wypluwaniu" lub "rodzeniu". I znów – „dużość” tej powieści wykuwa się w porzuceniu klatki gatunkowej, a już mówiłem, że lubię to bardzo.
43
59. Melchior Wańkowicz „Ziele na kraterze” (1950). Autora monumentalnej „Bitwa o Monte Cassino” chyba najbardziej cenię za jego rzeczy autobiograficzne, bo trudno mi znaleźć podobną czułość w pisaniu o swoich dzieciach jak u niego. Wspaniała to jest opowieść i przecież też niezwykle przejmująca, bo wiele tu cierpienia i trudnych chwil, szczególnie z Powstania Warszawskiego. A tu przecież mnóstwo innych wątków, wiele lat zebranych, a wszystkie pięknie odmalowane. Wańkowicz potrafi w nostalgię, ale nie jest to czułostkowość, nie, to naturalny zachwyt na życiem, szczególnie nad tym, które się na świat sprowadziło i które jest jedyną nadzieją tego świata. Bo życie zawsze znajdzie sposób – ja ziele, które nie wiadomo jak pojawia się na kraterze. I za tę nadzieję i za tę miłość, w sumie dość wysokie miejsce.
44
58. Roman Brandstaetter „Jezus z Nazarethu” (1967–1973). O książce pisałem wcześniej, więc sobie pomogę: „Napisać, że to powieść monumentalna to nic nie napisać – prawie 2,5 tys. stron, 4 tomy. Mnie przeczytanie jej zajęło ok. 3 miesięcy, ale było warto. Brandstaetter, wychowany w tradycji judaistycznej, konwertowany katolik, doskonale czuję i zna zarówno żydowskie rozumienie wiary, jak i zmianę, którą wprowadził Chrystus. Literacko jest całkiem dobrze, choć to proza łagodna, bez chropowatości, nic tu nie wystaje. Absolutnie kanonicze podejście, bez zbędnych wydziwień i psychologicznych kstrawagancji. Postacie, tak bliskie przecież dla wszystkich wychowanych w tradycji chrześcijańskiej, są mam wrażenie dokładnie takie, jak o nich chyba w większości myślimy. Ale to przecież nic złego – autor stara się nadać im głębie i oblec je w ciało ludzkie, a nie tylko duchowe i to mu się udaje. Siłą powieści jest dbałość o szczegóły etnograficzne, ale także topografię miejsc i ich opisy. Nie trzeba bać się ogromu powieści – czyta się to spokojnie i całkiem dobrze. Czy to wielka literatura? Nie wiem, ale z pewnością bardzo potrzebna".
45
57. Włodzimierz Bolecki „Chack. Gracze. Opowieść o szulerach” (2018). Autor, znany literaturoznawca i biograf (znakomita rzecz o Józefie Mackiewiczu), wziął się za postać tytułowego Chacka, czyli Ignacego Chodźkiewicza za bary i wyszło z tego… to. Piszę „to”, bo to NIE JEST powieść, a w zasadzie nie jest to tylko powieść. Autor postanowił utkać z zebranego materiału, a tu trzeba zaznaczyć, że trochę się tego uzbierało, raczej antypowieść lub metapowieść, która tak naprawdę jest mozaikową OPOWIEŚCIĄ o poszukiwaniu tytułowej postaci w gąszczu odprysków wielkiej historii, skrawków relacji, poplamionych winem kart i skorup po zapomnianych pijatykach. Choć Bolecki zaznacza na początku, cytując Gombrowicza, że „moje książki są dla jasnych, a nie dla ciemnych”, to jestem przekonany, że wielu całkiem „jasnych” czytelników może do końca nie zrozumieć koncepcji stojącej za opowieścią. Ja mam wrażenie, że załapałem, ale to wciąż jednak bardziej przeczucie niż mocne przekonanie. Jedna z najbardziej niezwykłych rzeczy jaka wyszła u nas prozą w ostatnich latach. O książce pisałem na profilu i wyżej trochę autoplagiatu.
46
56. Stanisław Lem „Szpital Przemienienia” (1955, 1965). Bardzo doceniłem film na podstawie tej, jednej z nielicznych niefantastycznych powieści pisarza, to czemu nie literacki pierwowzór, szczególnie, że również niezwykle szanuję i lubię. Choć lubię to słowo chyba niezbyt fortunne, bo to rzecz bardzo smutna i wstrząsająca – to opowieść o młodym lekarzu, który podczas wojny musi zderzyć się z morderczą niemiecką machiną. Decyzja o wymordowaniu pacjentów szpitala psychiatrycznego to punkt wyjściowy tej przejmującej historii, która nie pozwala pozostać nieczułym czy obojętnym. W sumie żałuję, że Lem nie napisał więcej „zwykłej prozy”, ale cóż, ta „niezwykła” też bardzo cenna, o czym się jeszcze przekonamy w tym rankingu.
47
55. Szczepan Twardoch „Morfina” (2012). Tu pewnie niektórzy będą zdziwieni, ale moim zdaniem (skromnym!) to najlepsza powieść Twardocha, między innymi dlatego, że niezwykle trudno jest stworzyć taką postać jak Konstanty Willemann – w sumie typ odrażający, a wzbudza jakąś dziwną, wszeteczną sympatię. Wiele tu dobrego (w sensie - literacko), choć nie zawsze miłego, bo przecież znów trochę walki z pewnym wyobrażeniem Polski bardziej niż z samą Polską. No i według mnie Warszawa, co mi bardzo bliskie, lepiej zagrała niż w „Królu”, którego specjalnie nie lubię. Jest w tej powieści mocny, hipnotyczny tembr, nerw taki i czytało mi się to bardzo przyjemnie, bo lubię taką narkotyczną intensywność w prozie. Najtwardszy z Twardochów.
48
54. Józef Mackiewicz „Kontra” (1957). To był mój pierwszy kontakt z prozą Mackiewicza i od razu mocne trafienie – to tak można pisać? Wydawało mi się wtedy, że to absolutne arcydzieło, a potem przeczytałem inne powieści autora i musiałem trochę zweryfikować przyznawanie medali za wybitność. To oczywiście wciąż jest znakomita powieść, ale na liście robi się już naprawdę ciasno i musiałem ją jednak poza pierwszą 50. umieścić. Mackiewicz napisał kiedyś, że powieść jest jak lot samolotem, który najpierw ogarnia całość, a potem powoli zbliża się do ziemi i mam wrażenie, że „Kontra” jest właśnie czymś takim – historia Kozaków Dońskich, których alianci sprzedali Sowietom to kawał porządnej historii, w której nasze najprostsze poczucie kto jest dobry, a kto zły ulega całkowitemu przewartościowaniu.
49
53. Marek Hłasko „Następny do raju”(1958). Debiut powieściowy Hłaski odbił się szerokim echem po tym jak publikowano go w odcinkach w kraju, a potem gdy ukazał się w Paryżu i trudno się dziwić – nikt tak wówczas nie pisał, pisarz był jak z innego świata, choć przecież autor był mocno zanurzony w naszej, już poodwilżowej, ale wciąż okropnej rzeczywistości. Jeśli coś z literatury krajowej przetrwa z lat. 50 to na pewno będzie to ta powieść. Mięsista historia kierowców pracujących w górskiej bazie to rzecz mocna i twarda jak ręce drwala. Można trochę zżymać się na schematyczność fabuły, ale tu siła bierze się z charakterów, motywacji i postaw bohaterów. Dobry film Petelskiego mógłby być jeszcze lepszy, gdyby duch Hłaski był w nim bardziej obecny.
50
52. Jerzy Andrzejewski „Miazga” (1979 – drugi obieg, 1981 –oficjalne wyd. ocenzurowane, 1992- pełne wydanie). Powieść-legenda, powieść-klucz, pierwsza polska powieść postmodernistycza, ale przede wszystkim środowiskowe i polityczne rozliczenie znanego pisarza. Otwarta formuła dzieła, w której mamy odautorskie komentarze jak powstawało, do dziś rzeczywiście robi duże wrażenie i chyba forma jest tu dziś ważniejsza niż towarzyski klucz do rozszyfrowania postaci – dziś mniej to kogo interesuje za jaka postacią kryje się Wajda, a za jaką Zbyszek Cybulski lub Zenon Kliszko. Moim zdaniem to Andrzejewski w najlepszej formie, nie bardzo lubię te wcześniejsze rzeczy. A to i owszem bardzo.
51
51. Maciej Hen „Solfatara” (2015). Już samo napisanie ponad 900-stronicowej powieści o Neapolu w XVII wieku w naszych warunkach musi robić wrażenie, a autor dodatkowo utkał sobie wielowątkowa powieść szkatułkową, w której można się mocno zagubić, ale też bardzo ładnie odnaleźć. U mnie było to drugie i muszę przyznać, że to chyba najlepsza powieść historyczna ostatnich lat, no nie chce mi wyjść inaczej, także w rankingu zdaje się. Tu można mnożyć dość poważne przymiotniki, bo i inteligentna i erudycyjna i plastyczna i żywa - wszystkie będą usprawiedliwione i całkowicie trafne wobec tego, ogromnego i wymagającego wiele pracy dzieła. Ja bardzo szanuję takie cegły, bo tu nie ma półśrodków – to pisarstwo, które się nie zatrzymuje po prostu.
52
50. Jarosław Borszewicz „Mroki”. (1983). Zaczynamy pierwszą 50. powieścią, jestem o tym przekonany, mało znaną, ale to nie jest jakąś pusta ekstrawagancja z mojej strony, ale uważam, że w tym wypadku mamy do czynienia chyba z najlepszym strumieniem świadomości w naszej literaturze. Borszewicz mnie tylko wypluwa się trzewia i co tam mu roi mózgownica, ale też jedzie po bandzie i, co dla mnie jest niezwykle ważne, jest bardzo dowcipny, a nawet wielokrotnie i piętrowo błyskotliwy. Tak proza to zazwyczaj smęty o tym jakie życie jest okropne i tu to oczywiście też jest, ale dostajemy też naprawdę dużo zabawnych linijek i sytuacji. Zatem – nie tylko super autowiwisekcja i wywracanie swojej świadomości na lewą stronę, ale też sporo zabawy zarówno formą jak i słowem i jego znaczeniami. Nie dla każdego to zabawa, ale dla mnie – w to graj. To oczywiście jest zabawa, która kończy się bezgranicznym smutkiem, ale co tam - takie jest przecież życie. Czytane dwa razy, więc wiem co mówię.
53
49. Sergiusz Piasecki „Zapiski oficera Armii Czerwonej” (1957). Powieść to oczywiście satyra i mocna groteska , ale w sumie na końcu bliżej jej tak naprawdę do komediodramatu. Bo choć najczęściej jest bardzo śmiesznie, bez dwóch zdań, to jak człowiek przypomni sobie, co Sowieci wyprawiali po wejściu na nasze Kresy, to śmiech niestety często więźnie w gardle. „Zapiski” mają też taką siłę oddziaływania, że przecież po jej przeczytaniu obrazy sowieckich żołdaków grabiących, co tylko można zagrabić, zostają nam w głowie już na zawsze – są jak stopklatka z kroniki. I chyba nikt tak dobrze i celnie, choć w nieco skrzywionym zwierciadle, nie zdjął mentalności tej hołoty nazywanej dla niepoznaki niezwyciężoną Armią Czerwoną.
54
48. Jarosław Marek Rymkiewicz „Rozmowy polskie latem roku 1983” (1984 - drugi obieg). Rymkiewicz to przede wszystkim poeta i znakomity eseista historyczny, choć jego pisarstwo wykracza zdecydowanie poza proste ramy gatunkowe. Zdarzyło mu się też napisać powieść, dziś raczej zapomnianą, a moim zdaniem niesłusznie, bo to rzecz sporo mówiąca o Polsce i Polakach (raczej tej inteligenckiej części, niech będzie) na początku lat 80. Bo są rozmowy nocne Polaków, ale są i rozmowy letnie. Rymkiewicz, który został wyrzucony z PAN za ten utwór, jak zwykle urzeka swoją świetną frazą i świetnymi dialogami, ale tu sporo dzieje się wokół i z boku. Oczywiście zmaganie z polskością, festiwal Solidarności, komunizm i wszystko, co było wtedy ważne, ale też ciekawa obyczajowość i codzienność – ładnie to wszystko oddane i podane. Lubię tę powieść bardzo, chyba głównie za klimat i kilka spraw, które dziś brzmią chyba dziwnie – wtedy podziały polityczne i społeczne oczywiście nie przebiegały tak jak dzisiaj (jest dużo ciepłych słów o Michniku).
55
47. Marek Hłasko „Piękni dwudziestoletni” (1966) Autokreacyjna autobiografia, która stworzyła legendę Hłaski – czy ta legenda dziś trwa? Raczej nie, ale są tylko echa ech tej legendy pewnie, ale moim zdaniem fajnie mieć taką mitologię literacką. Moim zdaniem to po prostu bardzo fajna opowieść podlana alkoholem i osnuta dymem papierosowym, która do dziś nie traci uroku, dzięki swojemu klimatowi i swobodzie opowieści. To wszystko, to zupełnie wystarczy. A co tu jest blagą, co prawdą, co zmyśleniem, co faktem? A kogo to obchodzi.
56
46. Wiesław Myśliwski „Traktat o łuskaniu fasoli” (2006). Ostatnia wielka powieść jednego z najwybitniejszych prozaików współczesnych, trudno tu mieć jakieś wątpliwości. Jak zwykle u tego autora narracja jest spokojna, ale niezwykle uważna, dzięki czemu potrafi w niezwykły sposób skupić uwagę czytelnika. Zawsze twierdzę, że w powieściach Myśliwskiego jest taki specyficzny rodzaj mądrości, która płynie jakby z ziemi, z tego kim jesteśmy i skąd pochodzimy. Bo to przecież dawne cienie i skomplikowane polskie losy, jest więc zdecydowanie nad czym myśleć łuskając fasolę. No i nie mogę nie wspomnieć o stylu – no jest coś w tym pisarstwie, co po prostu urzeka, zniewala może nawet, no pięknie się te słowa układają w zdania, zdania w akapity, a akapity w stronice.
57
45. Jacek Dukaj „Inne pieśni” (2003). W zasadzie 100% Dukaja w Dukaju, bo jest to „dukajszczyzna” co się zowie – skłamałbym, gdybym napisał, że wszystko tu zrozumiałem, powieść z pewnością porządnie mnie oszołomiła, choć mimo wszystko ustałem na nogach. Uff, sporo tu wszystkiego, świat stworzony od podstaw można powiedzieć, bo przecież z innymi prawami i z innym niemal wszystkim. To rzeczywiście chyba najtrudniejszy fikołek fantastyczny na jaki można się zdobyć w literaturze, ale autorowi udało się w zasadzie bez zarzutu. No, można mieć pewne kwestie co do fabuły, ale przecież w tym innym świecie fabuła to nie to samo co w naszym, jak sądzę. No i znów brawa za przełamywanie gatunkowych barier i rowów. Biorę tę powieść zatem w całości i wstawiam na miejsce 45., bo tam ma stać.
58
44. Stanisław Rembek „Nagan” (1928). Teraz w zasadzie mógłbym powtórzyć jeden wpis za drugim, bo będą dwie powieści cenionego przez mnie bardzo autora, ale oceniam je bardzo podobnie, o podobnych rzeczach one też traktują. Na miejscu niższym stawiam tę debiutancką, ale to w zasadzie tylko podział chronologiczny – one się uzupełniają i można, a może nawet trzeba, czytać je jako wzajemne uzupełnienie. „Nagan” to rzecz o wojnie polsko-bolszewickiej, ale bez lukrowania i upiększeń – Bolszewików gonić trzeba, ale to nie było wesołe hopsasa pod sztandarem tylko cholerna wojna. Ciekawe portrety żołnierzy z bardzo różnych środowisk, których połączyła walka. Znakomita literatura.
59
43. Stanisław Rembek „W polu” (1937). Tak jak wyżej już zaznaczyłem obie powieści Rembeka są dla mnie równie dobre, choć jak tak sobie myślę, to ta późniejsza może jednak nieco dojrzalsza. Dużo żołnierskiej codzienności, ale to naprawdę nie nudzi – jest niezwykle sprawnie napisane i czytelnik dostaje spore poczucie współuczestnictwa w wydarzeniach. Rembek na szczęście przeżywa chyba mały renesans rozpoznawalności, ale to dobrze – bo wiele lat był zapomniany, a za komuny całkowicie przemilczany i wygumkowany z historii polskiej literatury. Trzeba mu więc przywrócić odpowiednie miejsce. No to przywracam.
60
42. Kornel Makuszyński „Bezgrzeszne lata” (1925). Im jestem starszy, tym staję się coraz bardziej sentymentalnym głupcem, który rozczula się na samą myśl o przeszłości. Dlatego tak kocham wspomnienia literackie z dzieciństwa, takie jest ta wspaniała opowieść o małym Kornelku. Cudowne to jest po prostu, pełne dziecięcej radości i beztroski, która nie ma w sobie jednak nic z infantylności. Makuszyński na szczęście uzbroił te literacka podróż we własna przeszłość w odrobine ironii i dystansu, dlatego też ona tak zachwyca. W dodatku ta gawęd zabiera nas w piękne miejsca, które są już tylko tak naprawdę w naszej narodowej mitologii – do Stryja i Lwowa. Kocham tę książeczkę szczerze i mocno.
61
41. Eustachy Rylski „Warunek” (2005). Gdyby to był konkurs na najszybciej przeczytaną książkę, to powieść Rylskiego byłaby w ścisłej czołówce, bo połknąłem ją w niecałe cztery godziny pewnej nocy 20 lat temu. Ależ mnie ta opowieść o dwóch napoleońskich żołnierzach przedzierających się przez Rosję wciągnęła. Niczym poleskie bagna. Ależ tu napięcie, ależ mocne postacie, ależ próba sił i charakterów. Duża gęstość, wiele wspaniałych opisów i poczucie niemal fizycznego towarzyszenia wędrowcom. Takich lektur się nie zapomina, oj nie. Zatem musiało się pojawić w zestawieniu. Nie przyjmuję sprzeciwów.
62
40. Janusz Zajdel „Limes inferior” (1982). Wiem, że chcieliście więcej Zajdla – oto i on, najlepszy i moim zdaniem najbardziej aktualny. Oczywiście, większość jego książek ma sporą dozę aktualności, bo to jednak świat ochoczo zmierza i lubi te kierunki, ale uważam, że technokratyczna rzeczywistość Argolandu to jest sprawa, która rysuje mi się najwyraźniej. Podział na klasy według inteligencji, łamanie testów na nią, aby wskoczyć klasę wyżej – oj, coś czuję, że takie pomysły już roją się w jakichś zmyślnych główkach. „Limes inferior” uważam też za najlepszy literacko utwór pisarza i najciekawszy fabularnie – jest w niej więcej życia, a główny bohater Sneer jest dobrze zbudowaną postacią. Polska fantastyka w jednej ze swoich najlepszych odsłon.
63
39. Antoni Gołubiew „Bolesław Chrobry” (1947–1974). Duża rzecz bez żadnych wątpliwości, czytałem z ogromnym przejęciem jako młody człowiek, wyobraźnia pracowała tak mocno, że prawie widziałem tego dzika, który z kniei wychynął na początku pierwszego tomu. Chciałbym żebyśmy się dobrze zrozumieli – uważam, że to wspaniała powieść, ale mimo wszystko mam nieodparte wrażenie, że ona należy do czytelniczej przeszłości, to powinno się czytać za młodu, a powrót jest niekonieczny. Ona stoi u mnie na półce, zerkam na nią czasem, ale do środka nie zaglądam – jej wielkość jest ustalona i nie muszę jej ponownie sprawdzać. Z ogromnego sentymentu jednak – wysoka pozycja. A, cykl traktuje jako całość jednak.
64
38. Hanna Malewska „Przemija postać świata” (1954). Druga powieść pisarki w zestawieniu, ale choć wciąż historyczna, to nieco odmienna. Po pierwsze – tam był mikroświat średniowiecznego miasta, tu – szeroki plan Italii w VI wieku rządzonej przez Ostrogotów; tam – skupienie na budowie budynku; tu – sprawa zbudowania nowego świata. Odmienność, ale i podobieństwa, bo znów dostajemy prozę o dużej świadomości historycznej i dobrze uchwyconej psychologii postaci, która jest dopasowana do czasów, o których autorka opowiada. To „dopasowanie” to oczywiście literacka sztuczka, bo przecież nikt do końca nie wie co i jak myśleli ludzi sprzed 14 wieków, ale chodzi o poczucie czytelnika, że wszystko się zgadza. Tu się zgadza. To znakomita powieść, której akcja posuwa się niespiesznie, ale niezwykle sprawnie i w jednym kierunku – do nowego, chrześcijańskiego świata. Tak się tworzyły zręby naszej kultury tak naprawdę.
65
37. Witold Gombrowicz „Trans-Atlantyk” (1953). Od razu uprzedzam, żeby nie było pytań – to jedyna powieść Gombrowicz na liście. Że nie lubię? Nie, to nie to, po prostu uważam, że w przypadku akurat tego autora, to w sumie jego postać jest ciekawsza niż to, co napisał. To oczywiście lekka przesada, bo jednak właśnie ta powieść dość mocno mnie kopnęła. No co tu dużo gadać, dała mi potężnego kopa w moje polskie serduszko i moje arcypolskie jaja, bo Gombrowicz smaga naszą narodową dumę, nasz czasem (a może nawet często) nadęty patriotyzm na pokaz, na nasze fobie, idiosynkrazje i to wszystko, co czyni nas takimi jak jesteśmy. Robi to wszystko filtrując przez swoje własne wariactwa, stąd taka forma, a nie inna, czyli mocno zwichrowana. Dajcie spokój, potrzebujemy takich szturchańców i szpil, dobrze też, że to ze środka, a nie z zewnątrz – tylko zdrowy naród potrafi zerkać sobie do wnętrzności. Wiele literackich prowokacji Gombrowicza na mnie nie działało, a ta zadziałała i to mocno.
66
36. Henryk Sienkiewicz „Quo vadis” (1896). Umieszczenie Sienkiewicza tuż przed Gombrowiczem to oczywiście zamierzona rzecz, choć ja się zgadzam z autorem „Ferdydurke”: „Potężny geniusz! – i nigdy chyba nie było tak pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego. To Homer drugiej kategorii, to Dumas Ojciec pierwszej klasy”. Bo tak właśnie jest – Henryczek to nasz ukochany twórca opowieści, bo dotyka tych najprostszych spraw i prawd, które od wieków były przedmiotem gawędy. „Quo vadis” powtórzyłem sobie kilka lat temu i to jest po prostu bardzo dobra powieść, w której wszystko jest na swoim miejscu, a role rozpisane wzorcowo. Kurczę, to wciąż jest też chyba najbardziej popularna polska powieść na świecie, a tego ignorować nie mogę. I nie chcę.
67
35. Stanisław Ignacy Witkiewicz „Pożegnanie jesieni” (1927). Wracam do naszego szalonego demiurga sztuki i znów upajamy się dekadencją sącząca się z niemal z każdej wydrukowanej literki w tym wielkim dziele niebanalnego umysłu. Proza Witkacego jest tak bogata i złożona, że trudno w kilku zdaniach coś mądrego na jej temat powiedzieć, no to może tylko to, że to tak naprawdę głos kogoś, kto rozpoznał co czeka stary świat – idzie nowe potężne zagrożenie, które zmiecie stare zwyczaje, wolność i indywidualizm. Stały motyw u pisarza, nic dziwnego, że czternaście lat po napisaniu tej powieście nie wytrzyma wejścia Sowietów do Polski i popełni samobójstwo. Doskonale go rozumiem – dla kogoś takiego jak on życie pod sowieckim butem było nie do pomyślenia.
68
34. Czesław Miłosz „Dolina Issy” (1955). Miłosz to według mnie największy poeta języka polskiego w XX wieku (nie polski, polskiego języka – to ważne zastrzeżenie!), ale przecież i w eseistyce się wyrabiał i w powieści też. Czego najlepszym przykładem ta poetycka opowieść osnuta na kanwie przeżyć z własnego życia, choć autor odżegnywał się, że to autobiografia. Osnuta to zresztą słowo idealnie pasujące do tej opowieści o dzieciństwie pewnego chłopca tuż po I wojnie światowej, który zostaje wysłany do dziadków na Litwę kowieńską, do tytułowej doliny Issy (rzeka Niewiaża). Urzekająca to opowieść, tajemnicza, oniryczna, niepozbawiona nawiązań do kultury ludowej i dawnych wierzeń tych okolic. Naprawdę piękna proza, ale skoro napisał ją największy poeta języka polskiego, to chyba nie mogło być inaczej. O książce na profilu nie pisałem, ale omówiłem film Konwickiego zrobiony na jej podstawie.
69
33. Stanisław Rembek „Wyrok na Franciszka Kłosa” (1947). Nie wiem czy to nie jest najlepsza polska rzecz o okupacji, bo mamy oczywiście literaturę obozową, martyrologiczną, wojenną, ale tu dotykamy takich zwykłych spraw, choć zwykłych właśnie w okupacyjnej rzeczywistości. Napisana tuż po wojnie, całkowicie przemilczana przez dekady, odkurzona po 1989 roku, ale spłycona bardzo średnią ekranizacja Wajdy – no szkoda, że tak mało znana jednak, dlatego umieszczam tak wysoko. A ważna to powieść, bo nie dość, że znakomicie napisana, to jeszcze niezwykle prawdziwa i dotykająca w wielu miejscach sedna tego czym było życie w niemieckiej niewoli. Tu jest prawdziwe rozliczenie z przeszłością, z tą najtrudniejszą przeszłością, czyli zaprzaństwem, kolaboracją i świnieniem się – nie ma społeczności, bez tego. I doskonała postać głównego bohatera, bo choć to oczywiście antybohater, to Rembek nie daje prostych odpowiedzi, pyta raczej, zauważa, podgląda, ale w sumie nie osądza – to czyny postaci są wystarczającym osądem. Powieść zalecam zarówno głosicielom polskiej czystości moralnej, ale chyba przede wszystkim tym, którzy uważają, że jesteśmy narodem szmalcowników – ani jedno, ani drugie nie jest oczywiście prawdą.
Muszę to sobie powtórzyć i przetrawić jeszcze raz.
Muszę to sobie powtórzyć i przetrawić jeszcze raz.
70
32. Józef Mackiewicz „Droga donikąd” (1955). Debiut powieściowy Mackiewicza, który od pierwszych słów zachwyca – bo choć to opowieść wojenna, polityczna nawet, to przecież przesycona pięknym naturalnym światłem i prowadzona wspaniałym stylem. Zresztą, zrobię wyjątek i po prostu oddam głos autorowi cytując pierwsze akapity: „Marta obsypała kluski mąką i przykryła stolnicę serwetką, aby nie wyschły zbytnio przed gotowaniem, a także, aby chronić je przed natarczywością much, zbierających się w kuchni. Potem otrzepała ręce i na twardym, dębowym progu porąbała żywiczne polano na cienkie drzazgi. Na fajerce stał już duży garnek z osoloną wodą. Marta odpięła fartuch, obejrzała raz jeszcze uważnie kuchnię i przeszła do pokoi.
Na kominku w pokoju Pawła zegar wskazywał wpół do piątej. Za pół godziny pociąg powinien odejść z miasta, za drugie pół godziny słychać będzie jego gwizd na przejeździe, i wtedy należy rozpalić ogień. Marta podeszła do półek z książkami i przeciągnęła palcem po krawędzi polerowanego drzewa. Kurz leżał grubą warstwą.
Wróciła, więc do kuchni po ścierkę i zaczęła sprzątać. "Jutro opadnie nowy kurz, a jeśli go zetrę, pojutrze będzie leżał taki sam. I tak będzie trwało dopóki…" - Marta przeraziła się (niedokończonej myśli, jak złego słowa wypowiedzianego w złą godzinę. "Boże, Boże, niech już zostanie tak jak jest. To jedno, chociaż: żebym mogła tu żyć między tymi półkami w tym domu, wśród tych rzeczy i z Pawłem, który zjawi się za chwilę!" - Zegar na kominku wycykiwał wpół do szóstej, ale pociągu nie było słychać. Marta przeszła do sypialni”.
Na kominku w pokoju Pawła zegar wskazywał wpół do piątej. Za pół godziny pociąg powinien odejść z miasta, za drugie pół godziny słychać będzie jego gwizd na przejeździe, i wtedy należy rozpalić ogień. Marta podeszła do półek z książkami i przeciągnęła palcem po krawędzi polerowanego drzewa. Kurz leżał grubą warstwą.
Wróciła, więc do kuchni po ścierkę i zaczęła sprzątać. "Jutro opadnie nowy kurz, a jeśli go zetrę, pojutrze będzie leżał taki sam. I tak będzie trwało dopóki…" - Marta przeraziła się (niedokończonej myśli, jak złego słowa wypowiedzianego w złą godzinę. "Boże, Boże, niech już zostanie tak jak jest. To jedno, chociaż: żebym mogła tu żyć między tymi półkami w tym domu, wśród tych rzeczy i z Pawłem, który zjawi się za chwilę!" - Zegar na kominku wycykiwał wpół do szóstej, ale pociągu nie było słychać. Marta przeszła do sypialni”.
71
31. Stefan Żeromski „Popioły” (1902–1904). No z Żeromskim to mam jakiś problem, bo oczywiście szanuje dorobek, ale jakoś tak trudno wyłuskać rzeczy absolutnie wybitne w jego twórczości – poza tym. Mit napoleoński, z którego zostaje popiół na czakach (dobrze piszę, to były czaka prawda?), ale to przecież i tak Polska zawsze w sercu. Ogromna panorama onieśmielająca założeniem i bogactwem, ale też alegoria ubrana w historyczny kostium, by powiedzieć co nieco o czasach sobie współczesnych. Momentami mozolna, ale na końcu dająca sporo satysfakcji - taka powinna być wielka, historyczna proza narodowa.
72
30. Henryk Sienkiewicz „Pan Wołodyjowski” (1887–1888). Teraz polecimy ciurkiem w sumie, bo choć chciałem nawet całą trylogię wrzucić jako jeden utwór, to jednak rozdzieliłem, bo przecież różnie oceniam poszczególnie części. A to właśnie z Małym Rycerzem miałem zawsze największy problem, bo za… szlachetna osoba po prostu. Wiadomo, że u Sienkiewicza postacie nie grzeszą bogactwem psychologicznym (to tak naprawdę nie zarzut – w tych powieściach tego nie trzeba przecież za wiele), ale tu już przesadził zupełnie. Wspaniała postać, ale aż za bardzo wspaniała. Dlatego najniżej z całej trójki. Ps. Jeśli myśleliście z jakiegoś powodu, że nie będzie trylogii, to oczywiście błądziliście – ja jestem cały z Sienkiewicza i Gombrowicza, te rzeczy się przenikają, ba, są niemal zrośnięte.
74
28. Henryk Sienkiewicz „Potop” (1886)… Kmicic wspanialsza. Boże, to jest tak polski Polak, że koszula pęka na grzbiecie – od bandy do bandy, od zabijaki do „ran ci całować nie godna”. I ja oczywiście nie chcę się rozwodzić za bardzo na trylogią, bo tu raczej tylko oczywistości mogą się pojawić. Rozumiem ludzi, którzy uważają to za najwspanialszą polską literaturę, ale pojmuję, że niektórzy uważają to za rzecz niedzisiejszą i przebrzmiałą. Dla mnie nic nie przebrzmiało, ale też nie uważam, że to najlepsze, co nam się przytrafiło w powieści. I wrócę do tego na emeryturze, usiądę w ogrodzie i będę czytał wnukom. Bo tak trzeba.
75
27. Jarosław Iwaszkiewicz „Sława i chwała” (1956-1962). Chyba najwspanialsza polska saga rodzinna osadzona na tle historii nawet nie tyle samej Polski, co całej Europy, ze szczególnym uwzględnienie jej wschodnich terenów. Życie jednostek miesza się tu z dziejami miejsca i oczywiście widać ślady walca, który przejechał po tych wszystkich szlacheckich dworkach. Iwaszkiewicz najlepiej wypadał właśnie w rzeczach albo małych jak opowiadania (wiele znakomitych miniatur), albo bardzo dużych, jak to. Muszę przyznać, że czytało mi się to niezwykle przyjemnie i wcale nie tak dawno temu, bo raptem niecałą dekadę. Duży rozmach, duża przestrzeń, duży oddech. Duża literatura.
76
26. Maria Dąbrowska „Noce i dnie” (1931–1934). Tu podobnie jak z filmową adaptacją – kiedyś nie lubiłem, unikałem, uważałem, że to nudy, ale przełamałem się i przekonałem, że to rzecz bardzo dobra, niezwykle ciekawa i jednak mądra, tak życiowo mądra. I może to jest jednak najlepsza nasz saga rodzinna – ech, te rozterki rankingowca… Znów musze się powtarzać, bo i mamy tu rozmach i intymność i bardzo ładnie odmalowaną codzienność i obyczajowość, a przecież autorka nie unika refleksji i zajrzenia w głąb swoich bohaterów (głównie bohaterki oczywiście) i robi to naprawdę przekonująco. Bardzo lubię, kiedy literatura przekonuje mnie do siebie i choć trochę końmi zaciągniony, bardzo mi się tu podoba.
77
25. Florian Czarnyszewicz „Nadberezyńcy” (1942). Mam takie wrażenie, że przeczytałem tę książkę jeszcze przed wybuchem (no, malutkim wybuszkiem, trzymajmy miarę, bo to wciąż nisza jednak) popularności autora i jego w sumie zdumiewającego sukcesu zza grobu. I miałem wrażenie, że odkryłem dla siebie, całkiem przypadkowo, bo złapałem ją w bibliotece nie wiedząc o niej nic, zupełnie w tajemnicy wyjątkowy skarb, z którym nie chcę się z nikim dzielić. Było trochę inaczej ostatecznie, bo nie byłem sam w zachwycie, ale nie dziwię się, bo urok tej powieści jest olbrzymi. Powtarzam – jest olbrzymi. Powtórzę to, co napisałem przy poprzedniej pozycji Czarnyszewicza w rankingu – to jest czysta opowieść, bez całej tej literackiej otoczki i tych zaklęć prozatorskich, które właściwie każdy autor stosuje lub stara się stosować. Czarnyszewicz jest inny, naturalny, organiczny wręcz i to jest jego niesamowita siła. Powtarzam – niesamowita siła.
78
24. Teodor Parnicki „Tylko Beatrycze” (1962). Autor, podobnie jak Malewska, poznany późno, choć oczywiście znałem go od dawna z opracowań i odniesień, ale zawsze bałem się, że za głupi jestem na takie intelektualne zabawy literacko-historiograficzne. I okazało się, że trochę za głupi jestem – „Tylko Beatrycze” to jest jeszcze powieść w moim zasięgu i cenię ją niezwykle, ale to już początek tego słynnego eksperymentowania pisarza z formą i z treścią swoich utworów. O tej powieści pisałem osobno na profilu, ale tak naprawdę chciałem tu wspomnieć o innym utworze Parnickiego, którego największy specjalista tematu na X, czyli @Agatokles (postać znana) uważa za największe jego dzieło z tego co pamiętam. Otóż, żeby uzupełnić braki zacząłem czytać „Koniec «Zgody Narodów». Powieść z roku 179 przed narodzeniem Chrystusa” i …poległem, zostałem pokonany, musiałem książkę odłożyć i na pewno nie trafi ona do rankingu, bo jej na razie nie dokończyłem. Zresztą nie wiem czy kiedykolwiek dokończę i czy wtedy trafi, bo mam potworny problem z tym, co Parnicki wysmażył i jak podszedł do materii powieściowej. Mam się za dość wyrobionego czytelnika, czasem nawet lubię poszczuć swoją „elitarnością” (tylko dla zgrywu oczywiście), ale tu muszę być uczciwy. Przepraszam za ten zbyt długi i chyba niezbyt spójny wpis, ale musiałem się podzielić tymi rozterkami, a „Tylko Beatrycze” jest wspaniała i polecam gorąco.
79
23. Stanisław Lem „Powrót z gwiazd” (1961). Dobra, wyobraźmy sobie, ze Sławosz Uznański-Wiśniewski spędził w kosmosie nie kilka dni, ale ponad sto lat i wrócił na Ziemię zupełnie zmienioną, która jego powrotem tak naprawdę zupełnie się już nie interesuje, bo kosmos dawno zdobyty i wszelkie podróże tam z powrotem są powszechne jak pociąg do Grójca. Co musiałby czuć taki astronauta? Jak odebrałby świat, którego nie zna i nie rozumie? Bo to nowe, przyszłościowe społeczeństwo zmienione i to w dość specyficzny sposób - niby jest szczęśliwe, ale przecież to szczęście właśnie na niby. Szczęśćie wykastrowane, można rzec. Boże, kocham te rozkminy Lema i uważam, że pisanie fantastyki naukowej to właśnie jest coś takiego – to stawianie granicznych spraw, które wyobraźnia pisarza stara się przekraczać i pokonywać . No i to właśnie robił Lem i dlatego jest wielki. Nawet jeśli to jest jego „lżejsza” powieść (no i Lem wymyślił ebooki w tym utworze).
80
22. Józef Mackiewicz „Lewa wolna” (1965). Obok powieści Rembeka pewnie najlepszy obraz wojny polsko-bolszewickiej, Mackiewicz też nie bawi się w półśrodki, a mówiąc językiem żołnierskim, bo czasem trzeba i warto - nie pierdoli się w tańcu. Autor nie patrzy na dystynkcje, nie patrzy na narodowość, nie patrzy na pochodzenie – interesuje go człowiek i historia, a powieść to środek do pokazania tego człowieka, w momencie gdy historia go dopada. No i jeszcze ten ciekawy zabieg faktograficzny, czyli te wszystkie wtręty jak z opracowania naukowego – niezwykle ciekawe, choć ryzykowne. Z pisarzem nie we wszystkim trzeba się zgadzać, czasami jego bezwzględny antykomunizm przesłania mu pewne części świata i zdarzeń, ale odmówić mu nie można jednego – ta powieść niebywale angażuje i wciąga.
81
21. Sergiusz Piasecki „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” (1937). Coś za mocno ciągnie mnie na przedwojenną granicę polsko-sowiecką, ale co ja poradzę, że kocham tę powieść. Dla mnie to chyba najwspanialsza przygoda powieściowa w historii naszej literatury, która w dodatku jest właściwie… prawdziwa, a przynajmniej ja Piaseckiemu wierzę niemal całkowicie, jego opowieść biorę w całości i bez szemrania. Niesamowity klimat, język autora, całą ta otoczka przemytniczo-złodziejsko-pograniczna – no cymes niebywały. I w sumie co się dziwić, że Piaseckiego zwolniono warunkowo z więzienia, bo wszyscy zaczytywali się tą powieścią i uznano, że szkoda chłopa trzymać w celi. Wspaniała opowieść. Nic tylko filmować i zarabiać grube miliony.
82
20. Leonard Buczkowski „Czarny potok” (1954). Pierwsza 20. i robi się już naprawdę gęsto i ciasno - a ta książka pasuje do tych określeń idealnie. Pisałem o niej na profilu i sobie trochę pomogę: „Ileż ja się o tej książce naczytałem: że trudna, że chaotyczna, że niezrozumiała, że hermetyczna. I wiecie co? To wszystko prawda! Od pierwszych stron wchodzimy w jakąś krwisto-błotnistą magmę, w której nie bardzo wiemy kto jest kim, gdzie jesteśmy i co się właściwie dzieje. I w zasadzie z takim wrażeniem zostajemy do końca książki. Choć początkowo bardzo to odrzuca, to z biegiem stron nabiera to swoiście hipnotycznego charakteru, który momentami zniewala i nie pozwala odpuścić” No właśnie, kolejna niesamowita rzecz o okupacji niemieckiej, ale tu forma sprawia, że to inna kategoria. Kto ciekaw może poszukać tego tekściku, dodam jeszcze, że jeśli chcecie mieć w głowie krajobraz jak po wrzuceniu granatu do szamba, to zapraszam do lektury tej powieści. W wakacje czytałem też inną autora, czyli „Kąpiele w Lucca”, ale to już zdecydowanie za grube, a ja za cienki w mózgu jestem. „Czarny potok” to jednak, no napiszę to, arcydzieło, choć trzeba się po nim mocno szorować.
83
19. Melchior Wańkowicz „Szczenięce lata”. (1934). Nie za dużo tych powrotów do dzieciństwa? Ano nigdy ich za dużo, bo tym razem autor, w cudownej pod względem językowym i stylistycznym gawędzie, zabiera nas w niemal hyperlinkową opowieść o swych pacholęcych latach spędzonych w Nowotrzebach i Kałużycach. Dlaczego wspominam o linkach? Bo tu wszystko się ze sobą łączy w jakiś nadzwyczajny sposób i nie ma linearnej chronologii – jakaś ciotuchna z jakimś koniuszym, lokaje z wiejskimi dziewuchami, choć tu nie tylko takie przygody oczywiście. Silva rerum w zaściankowym stylu i kresowym sosie. Beztroska tego dzieciństwa, nawet jeśli mocno idealizowana, ujmuje i sprawia, że każdy chyba chciałby mieć takie wspomnienia. Czas dzieciństwa jest u Wańkowicza pokazany w zwykły-niezwykły sposób, pełen ciepła, ale też niepozbawiony rubasznego wręcz humoru. Wspaniała lektura.
84
18. Bolesław Prus „Faraon” (1897). Jedna z najbardziej uniwersalnych naszych klasycznych powieści, bo tematyka taka, że cały świat może czytać i podziwiać. Powieść ta to powinien być rodzaj sztafety pokoleniowej, bo trzeba ją czytać stale w kolejnych dekadach, by przypominać sobie o mechanizmach władzy, które od stuleci wszak podobne, czy może wręcz niezmienne. Wysoka kultura słowa i co ciekawe, według mnie bardzo dobrze dobrana stylizacja językowa, choć w przypadku tego jak mówiono w starożytnym Egipcie oczywiście uznaniowość i umowność jest ogromna. I szczęście duże, że za ekranizacje wziął się taki fachowiec jak Kawalerowicz, bo film jest moim zdaniem kongenialny.
85
17. Władysław Reymont „Ziemia obiecana” (1899). Z pewnością najlepsza polska powieść o kiełkującej nowoczesności i rodzącym się kapitalizmie, który nazywany bywa dzikim, ale moim zdaniem to ma dwa znaczenia. Owszem, dziki, bo drapieżny, bo zachłanny i czasem złodziejski, ale ta dzikość to też energia i witalność, chęć rozwoju i tworzenia. Reymont znakomicie uchwycił ten moment, kiedy wielu ludzi myślało, że wszystko może, że wszystko jest w ich rękach. Najwyżej zbankrutujesz i strzelisz sobie w łeb. No i przejmujące obrazki Łodzi, żywej, ale czasem bladotrupiej Łodzi. Arcyciekawa historia, ogromna żywiołowość, znakomite postaci i oddanie ich charakterów, a już to, że tych trzech przyjaciół to Polak, Niemiec i Żyd – ech, to zawsze skomplikowana sprawa. Film Wajdy jest genialny, ale reżyser poprzestawiał nieco wektory i akcenty, zdecydowanie zalecam więc lekturę powieści, bo to są inne, różne dzieła, choć oba wspaniałe.
86
16. Zofia Kossak-Szczucka „Krzyżowcy” (1935). Gdyby Ridley Scott czytał tę ogromną i wspaniałą powieść, to na pewno zrobiłby lepszy film niż „Królestwo Niebieskie”, jestem o tym przekonany, ale to anglosaski ignorant i się nie zna. Nie jestem może wielkim specjalistą od powieści krucjatowych, ale coś tam czytałem i moim, skromnym zdaniem, dzieło autorki „Pożogi” to jedna z najlepszych tego typu rzeczy na świecie, trudno znaleźć coś lepszego, a nawet dorównującego dziełu życia pisarki. No niesamowitą robotę wykonała ta kobieta, a do tego wszystko, co zebrane, pięknie przedstawiła i opisała. Gdyby to miało 200 stron, to był to czytał raz w miesiącu, by się cieszyć tym wspaniałym pisarstwem, które rozumie epokę, ludzi w niej żyjących, obyczaje, wiarę i sposób myślenia. O taką literaturę historyczną nic nie robiłem. Tylko ją czytałem. Wielka, wielka powieść.
87
15. Leopold Tyrmand „Zły” (1955). W momencie wydania była to z pewnością najbardziej amerykańska rzecz, którą można było zobaczyć od Berlina Wchodniego do Władywostoku – genialna korzystanie z najlepszych wzorców popkultury rodem z USA, ale przeniesionej do naszej, przaśniej, komunistycznej rzeczywistości. I pewnie dlatego tu wszystko tak fajnie gra i buczy, bo czyta się tę powieść jak najlepszy kryminał. Ale to przecież coś więcej, Tyrmand nie w ciemię bity i pozaszywał tu sporo w literackiej podszewce prochowca. Jedna z moich najbardziej ulubionych powieści, wielka swoją bezczelnością i radością czytania. No i także dlatego, że bardzo warszawska – stolica chyba nigdy nie była odmalowana z taka miłością, choć niebezkrytycznie. Tu mogę zupełnie bez żenady napisać, że „Zły” to super powieść.
88
14. Stanisław Lem „Głos Pana” (1968). Zawsze lubiłem film „Kontakt”, nawet wrzucałem niedawno scenkę z przemówieniem Hitlera, ale to powieść Lema jest najlepszą rzeczą o łączności z obcymi lub inaczej - o możliwym kontakcie z KIMŚ STAMTĄD. Genialna rzecz na tak wielu poziomach, że trudną ją ogarnąć rozumem, no bo czym innym w przypadku prozy Lema i w sumie nie dziwię się, że Philip K. Dick miał wątpliwości czy to na pewno twórczość jednego człowieka. Siłą tej powieści jest mnogość pytań, które człowiek sobie dzięki niej zadaje, tak jest w zasadzie przy każdym utworze twórcy „Cyberiady”, ale tu nagromadzenie tych filozoficzno-naukowych kwestii jest czasami nawet przytłaczające. Niezwykle satysfakcjonująca lektura, muszę koniecznie do niej wrócić.
89
13. Edward Stachura „Siekierezada” (1971). Słuchajcie wkraczamy w rejony takiej literackiej intymności wręcz, tu już nie tylko walory pisarskie mają znaczenie, ale też coś więcej. Przy „Całej jaskrawości” wspominałem, że bałem się powrotu do Stachury, bo w liceum byłem wielkim miłośnikiem, a potem wiele lat nic, ale to był jeden z najwspanialszy powrotów literackich w moim życiu. Pewnie dostane po głowie za tak wysokie miejsce, ale nie mogę inaczej. To najlepsza powieść pisarza, bo najlepiej wyważona jest. To cały czas jest oczywiście proza poetycka, ale w „Siekierezadzie” lepiej oraz częściej te wszystkie wędrówki wewnętrzne Pradery są kontrowane znakomitymi obrazkami polskiej prowincji i wypełnione barwnymi postaciami jak Babcia Oleńka, Peresada czy leśniczy Bogdański. I to nie jest podglądactwo jak w filmowej czeskiej nowej fali, tylko dużo bardziej autentyczne wejście w relacje z „prostymi ludźmi”. Bo tu jest życzliwość i zrozumienie, choć przecież bohatera łączy z nimi raczej niewiele. W każdej wędrówce najważniejsi są spotkani ludzie i tak właśnie jest ze Stachurą – to jak rozmowa z dawno nie widzianym przyjacielem.
90
12. Józef Wittlin „Sól ziemi” (1935). To prawdopodobnie największa zapomniana polska powieść, która jest niezwykle ujętą opowieścią o Piotrze Niewiadomskim, synu Hucułki i nieznanego Polaka, analfabecie i prostaczku, którego dopada Wielka Wojna. To niby taki polski Szwejk, ale tak naprawdę zupełnie nie. To świat widziany oczami człowieka niezwykle naiwnego, który wszystko przyjmuje takim jakim ono jest – Piotr bardzo cieszy się, że idzie do wojska, bo będzie mógł ładną czapkę nosić… Jest w tej postaci nieco z Księcia Myszkina, ale też tylko nieco, bo Niewiadomski chyba bardziej jeszcze jest figurą. Niezwykle piękna i smutna opowieść napisana cudownym językiem i stylem. To oczywiście jest manifest pacyfistyczny, ale ta manifestacji nie razi, wręcz przeciwnie – obezwładnia człowieka prostolinijnością. Wielka mała powieść, szkoda, że tak nieznana.
91
11. Teodor Parnicki „Aecjusz, ostatni Rzymianin” (1937). Kolejny potężna rzecz od Parnickiego – zawiodą się ci, którzy oczekują wielu scen batalistycznych (toż to o wodzu!) czy wartkiej akcji lub przygodowego zacięcia – dostajemy w zamian poważny, literacki traktat biograficzny o silnym człowieku, To oczywiście rzecz sporna, ale wg mnie czytelnik ma pełne przekonanie, że bohaterowie Parnickiego to są ludzie z TAMTEGO CZASU. Autentyzm w odmalowaniu świata późno-antycznego to ogromna wartość tego dzieła, ale zwraca uwagę także bogactwo psychologiczne postaci oraz intrygujące przedstawienie zawiłości polityki na styku rzymsko-barbarzyńskim. Niezwykle poważna literatura, która w swoim odkrywaniu podszewki historii osiąga rejestry niedostępne dla typowej prozy historycznej. Wymagająca dla wymagających.
92
10. Józef Mackiewicz „Nie trzeba głośno mówić” (1969). „Pisarz dla dorosłych” – tak Grzegorz Eberhardt zatytułował swoja biografię Mackiewicza, a ja chyba dopiero po tej książce zrozumiałem o co w tym chodzi. Niezwykle celna, smutna, a momentami też przerażająca suma polskich losów pod niemieckim i sowieckim butem. Autor niby zachowuje dużą powściągliwość w ocenie zdarzeń i nie narzuca odbioru, ale przecież jest tu mocne zacięcie publicystyczne. Sporo tu przecież krytyki, nie wprost, ale przez działania, postawy AK wobec Sowietów. Mnie ta książka mocno otworzyła oczy na skomplikowany pejzaż polskiej konspiracji i jak w tym wszystkim musieli się odnajdywać zwykli ludzie. To jest arcyważna książka, z którą, jak zawsze u tego pisarza, nie trzeba się zawsze zgadzać i ja też mam poczucie niezgody na pewne sprawy u Mackiewicza. Ale trzeba go czytać, bo wiele rzeczy należy mówić głośno.
93
9. Wiesław Myśliwski „Kamień na kamieniu” (1984). Proza Myśliwskiego to jest coś takiego, że jakiś spokojny, starszy człowiek siedzi sobie na zydelku i snuje prostą, ale niezwykle piękną i mądrą opowieść o życiu, śmierci, pamięci i tym wszystkim, co sprawia, że świat się toczy swoimi torami. A na wsi toczy się wszystko trochę inaczej, choć przecież i tam będzie jak wszędzie kiedyś. Ale lepiej żeby nie było – bo co się stanie wtedy z tym co nasze, swojskie, przyrodzone, bo przecież nigdzie nie ma takiej ziemi, takiego zboża, takich sadów. Mądrość ludowa wykraczająca zdecydowanie poza taką zwykłą „wiejską roztropność” jest u Myśliwskiego czymś, co cenię chyba najbardziej, choć przecież jest jeszcze absolutnie wyjątkowa i w sumie fascynująca fraza pisarza, która powoduje u czytelnika jakiś wewnętrzy spokój i poczucie zrozumienia świata i ludzi. Niezwykły dar.
94
8. Stanisław Ignacy Witkiewicz „Nienasycenie” (1930). Teraz napiszę chyba coś głupiego, ale trudno – macie na pewno coś takiego (jeśli nie macie musze iść szybko do specjalisty), że są takie chwile, gdy osoby, które są wam bardzo bliskie macie ogromną ochotę tak potężnie wytarmosić, objąć, ale do środka, zjeść i schrupać w całości lub kawałeczkach? No to właśnie tak jest z tą powieścią, która nosi chyba najdoskonalszy tytuł jaki Witkacy mógł wymyślić. To jest właśnie to wewnętrze nienasycenie, które każe od życia brać więcej, czuć mocniej, a przecież dookoła jakaś dziwaczna chińska rewolucja komunistyczna, która chce cię pożreć. Dziesiąty stopień gęstości szajby, który odpala rakiety w twojej głowie. Jeśli nie czytałeś Witkacego, to nic nie rozumiesz, a jeśli czytałeś, to też raczej nic nie rozumiesz, ale może poczujesz.
95
7. Władysław Reymont „Chłopi” (1904-1909). Moim (skromnym!) zdaniem to jest nasz najwspanialszy Nobel literacki, a wiecie dlaczego? Bo to opowieść o nas, o naszym kawałku świata, które Reymont tak doskonale przedstawił, że i poza Polska czytelnicy się zachwycali i docenili, bo odkryli tam uniwersalność i prawdę o życiu. A to jednak niesamowity wyczyn, żeby zrobić ze zwykłej codzienności wiejskiej tak wspaniały epos ludowy, gdzie konflikty urastają do rangi greckiej tragedii, choć to tylko wydzieranie sobie morg. Ta wielka powieść jest tak naprawdę chyba przede wszystkim właśnie o ziemi, o jej znaczeniu i kulcie wręcz dla człowieka z ery przedprzemysłowej, bo przecież wszystko zależało od niej. Dzieło-gigant, w którym wszystko jest absolutnie na swoim miejscu i tak jak trzeba i regulowane jedynie naturalnym cyklem pór roku.
96
6. Stanisław Lem „Golem XIV” (1981). Tu będą oczywiście kontrowersje czy to jest powieść, ale skoro do końca nie wiadomo, to ja zaliczam. No bo co to jest? Esej, zabawa literacka, tekst naukowy, powieść, opowiadania? Wszystko po trosze zapewne, jest przecież nawet jakaś szczątkowa fabuła, ale przede wszystkim to trudny, wręcz karkołomny tekst, który nie tylko wymyka się klasyfikacjom gatunkowym, ale swoja erudycją i błyskotliwością onieśmiela i przeraża nawet. Według mnie to jest ostateczna odpowiedź Lema na świat, który w związku z rozwojem sztucznej inteligencji skręca właśnie ewolucyjnie i cóż począć – jesteśmy ja te warzywa na straganie, wnet zginiemy w zupie, którą sami sobie gotujemy. Bo rośnie nam ktoś lepszy i większy, kto być może będzie miał inną nazwą lub numerek, albo po prostu będzie Osobliwością. Dla mnie niesamowite jest w tym tekście to, że Lem w swojej charakterystycznej, nieco przestylizowanej manierze „wchodzi w skórę” niezwykle zaawansowanego komputera i jako autor musi niejako przeskoczyć ograniczenia własnej inteligencji, żeby zaprezentować coś/kogoś wielokrotnie inteligentniejszego. I jako czytelnik mam wrażenie, że mu się to udaję. To potrafił tylko Lem, a jak pomyślę, że on to napisał ponad 40 lat temu.... „Golem XIV” to memento, szczególnie teraz.
97
5. Józef Mackiewicz „Sprawa pułkownika Miasojedowa” (1962). Tak wysokie miejsce tej książki pewnie wielu zdziwi, ale kto zna twórczość Mackiewicza, wie doskonale, że to właśnie to jest ta prawdziwa literacka doskonałość, która wyszła spod palców pisarza. Można ją spokojnie postawić na półce obok największych dzieł literatury na świecie. Zdecydowanie najlepsza rzecz powieściowa od autora „Buntu rojstów”, która wspaniale i precyzyjnie nie tylko przedstawia rosyjską „sprawę Dreyfussa”, ale rysuje też w całkowicie wyjątkowy w naszej literaturze sposób szeroką panoramę historyczną i odmalowuje niezrównanie rzeczywistość i postaci tej opowieści. Niesamowite dzieło, które łączy dokumentalizm z artyzmem - zapewne trzeba przeczytać nie raz, by dostrzec jego wszystkie zalety.
98
4. Wiesław Myśliwski „Widnokrąg” (1996). Arcydzieło i w zasadzie mógłbym skończyć na tym ten wpis, ale trochę nie wypada tak nic… Z drugiej strony tu właściwie trudno coś napisać mądrego – wspaniała, wielka powieść, która w zupełnie doskonały sposób pokazuje nam człowieka w całej jego wielowymiarowości. Dobra, nie potrafię więcej, wybaczcie, to za trudne - szkoda też, że najlepsze powieści są na końcu, bo już zmęczony jestem. Czytajcie „Widnokrąg”, koniecznie.
99
3. Jacek Dukaj „Lód” (2007). Powieść totalna jaką piszę się raz w życiu, a w literaturze pojawia się pewnie raz na dekadę lub nawet pokolenie. Niesamowite światotwórstwo, niesamowity sposób prowadzenia narracji i wreszcie niesamowity język. To powieść, która pochłania i oszałamia, daje też mnóstwo materiału do przemyśleń i refleksji nad historią i jej koniecznością. To także dzieło, które czytane powtórnie bardzo zyskuje, a wiem co mówię, bo powtórzyłem sobie całkiem niedawno. Będzie i trzeci raz. I trzecie miejsce, bo Bóg t rójcę lubi.
100
2. Bolesław Prus „Lalka” (1890). Naprawdę mam recenzować „Lalkę”? No dajcie spokój, wszyscy wiemy, co to za dzieło – to matka wszystkich polskich „Powieści” i nie ma bez niej naszej literatury. Kina i seriali też jak widać nie ma, ale może trzeba ją nowym pokoleniom na nowo odkrywać. Walczyłem mocno sam ze sobą, komu przyznać pierwsze miejsce i choć powieść Prusa ma u mnie miejsce wyjątkowe i szczególne…
101
1. Teodor Parnicki „Srebrne orły” (1944). … to jednak największą i najlepszą polska powieścią w historii jest właśnie to skończone i absolutne arcydzieło. I tu musi przemówić chyba tylko sam Parnicki z zaświatów, bo ja o "Srebrnych orłach" już napisałem (wklejam swoją recenzję).
Taki mój wybór.
Taki mój wybór.
View Tweet




































































































