@Przewodzik: PrzewodzikKsiążkowy (ranking)...
@Przewodzik
19 views
Aug 25, 2025
1
PrzewodzikKsiążkowy (ranking)
Oto nadszedł dzień – zapowiadałem to jakiś czas temu i w końcu jest – ranking 100 Najlepszych Powieści Obcojęzycznych w Historii według Przewodzika (miało być 50, ale tych dobrych było trochę więcej i uznałem, że setka jest lepsza).
I kilka uwag na początek – to moje osobiste, prywatne i jak najbardziej subiektywne zestawienie wyłącznie powieści (nie ma tu eseistyki, opowiadań czy poematów) i oczywiście jestem świadom tego, że nie zadowoli ono nikogo, poza mną. Wszystkie te książki oczywiście przeczytałem, nigdy tego liczyłem, ale myślę, że to pewnie jakaś 1/10 powieści, które przeczytałem w ogóle w swoim życiu (nie wiem czy to dużo czy mało).
Jestem 48-letnim mężczyzną i urodziłem się w Polsce - to na pewno ma znaczenie patrząc na listę, nie ma na niej zbyt wielu powieści nowych, a najnowszych nie ma w sumie w ogóle. Według mnie literatura wielka się „układa”, ona musi przetrwać próbę czasu i wejść tak mocno w życie nasze i świata, że już nic jej stamtąd nie usunie. Z tą najbardziej aktualną prozą trudniej, więc jej brak.
Liczę oczywiście na wasze komentarze, lajki, retweety i wszelkie interakcje – wiem, że spotkam się z krytyką, ok, przyjmuje to, ale proszę tylko o kulturę wypowiedzi i jednak trochę życzliwości. Literatura jest ważna, ale nie ma powodu, by nazywać kogoś głupkiem tylko dlatego, że nie umieścił naszej ulubionej książki w swoim rankingu lub umieścił ją za nisko na liście.
Zatem zaczynamy – wszystko będzie w jednym wątku, w komentarzu będzie pierwsza powieść, a potem kolejne aż dojdziemy do pierwszego miejsca. Miłej zabawy!
Oto nadszedł dzień – zapowiadałem to jakiś czas temu i w końcu jest – ranking 100 Najlepszych Powieści Obcojęzycznych w Historii według Przewodzika (miało być 50, ale tych dobrych było trochę więcej i uznałem, że setka jest lepsza).
I kilka uwag na początek – to moje osobiste, prywatne i jak najbardziej subiektywne zestawienie wyłącznie powieści (nie ma tu eseistyki, opowiadań czy poematów) i oczywiście jestem świadom tego, że nie zadowoli ono nikogo, poza mną. Wszystkie te książki oczywiście przeczytałem, nigdy tego liczyłem, ale myślę, że to pewnie jakaś 1/10 powieści, które przeczytałem w ogóle w swoim życiu (nie wiem czy to dużo czy mało).
Jestem 48-letnim mężczyzną i urodziłem się w Polsce - to na pewno ma znaczenie patrząc na listę, nie ma na niej zbyt wielu powieści nowych, a najnowszych nie ma w sumie w ogóle. Według mnie literatura wielka się „układa”, ona musi przetrwać próbę czasu i wejść tak mocno w życie nasze i świata, że już nic jej stamtąd nie usunie. Z tą najbardziej aktualną prozą trudniej, więc jej brak.
Liczę oczywiście na wasze komentarze, lajki, retweety i wszelkie interakcje – wiem, że spotkam się z krytyką, ok, przyjmuje to, ale proszę tylko o kulturę wypowiedzi i jednak trochę życzliwości. Literatura jest ważna, ale nie ma powodu, by nazywać kogoś głupkiem tylko dlatego, że nie umieścił naszej ulubionej książki w swoim rankingu lub umieścił ją za nisko na liście.
Zatem zaczynamy – wszystko będzie w jednym wątku, w komentarzu będzie pierwsza powieść, a potem kolejne aż dojdziemy do pierwszego miejsca. Miłej zabawy!
2
100. Jan Potocki „Rękopis znaleziony w Saragossie” (1805, wyd. pol. 1847)
Swój ranking polskich filmów zakończyłem adaptacją tej powieści, którą umieściłem na samym szczycie, uznaję więc za zabawną klamrę postawiwienie powieści Potockiego na ostatnim miejscu mojego zestawienia – rzecz to bowiem niezwykle zabawna i co by nie mówić, odkrywcza, a dla mnie to w zasadzie kwintesencja opowieści, opowiadania i opowiadaczy. Dla dziwiących się, że powieść umieszczona w kategorii obcojęzycznej – Potocki napisał ją po francusku i należy ona niewątpliwie do literatury tego języka.
Swój ranking polskich filmów zakończyłem adaptacją tej powieści, którą umieściłem na samym szczycie, uznaję więc za zabawną klamrę postawiwienie powieści Potockiego na ostatnim miejscu mojego zestawienia – rzecz to bowiem niezwykle zabawna i co by nie mówić, odkrywcza, a dla mnie to w zasadzie kwintesencja opowieści, opowiadania i opowiadaczy. Dla dziwiących się, że powieść umieszczona w kategorii obcojęzycznej – Potocki napisał ją po francusku i należy ona niewątpliwie do literatury tego języka.
3
99. Mark Twain „Przygody Tomka Sawyera” (1876, pol. wyd. 1907)
No co? Powieść? Powieść! A że dla dzieci i młodzieży – nic to, ważne, że dobra i wciąż daje sporo radości – przeczytałem ponownie kilka lat temu i zachwyt innego rodzaju, ale wciąż ta książka ma to, co trzeba. Poza jakbym mógł nie dać w swoim rankingu powieści, którą przeczytałem najwięcej razy ze wszystkich – pacholęciem będąc ponad 30 razy była ona moją lekturą. Zaczytana. Bo to wspaniała rzecz.
No co? Powieść? Powieść! A że dla dzieci i młodzieży – nic to, ważne, że dobra i wciąż daje sporo radości – przeczytałem ponownie kilka lat temu i zachwyt innego rodzaju, ale wciąż ta książka ma to, co trzeba. Poza jakbym mógł nie dać w swoim rankingu powieści, którą przeczytałem najwięcej razy ze wszystkich – pacholęciem będąc ponad 30 razy była ona moją lekturą. Zaczytana. Bo to wspaniała rzecz.
4
98. Dan Simmons „Terror” (2007, pol. wyd. 2015). To chyba kolejne zaskoczenie, ale co ja zrobię, że akurat ta powieść, jak właściwie żadna z XXI wieku zrobiła na mnie największe wrażenie. Znakomite połącznie powieści historycznej z fantastyką, a nawet horrorem – w zasadzie to jest mariaż jakiego nie lubię, ale tu zagrało to znakomicie, także literacko. I żeby było śmieszniej – żadna inna książka Simmonsa mi się właściwie nie podobała. Rzadko czytam książki do rana – tę czytałem. Nawet jeśli oglądaliście serial, zdecydowanie warto.
5
97. Sigrid Undset "Olaf, syn Auduna" (1925-1927, pol. wyd. 1937-1938)
Z pewnością mocno zapomniana, ale znakomita dwutomowa powieść osadzona w średniowiecznej Norwegii, która podejmuje temat walki między tym co ludzkie, a tym co boskie. Wspaniale oddane XIII stulecie na dalekiej północy - a takie klimaty Przewodzik lubi wyjątkowo. Ale tu także literacko mnóstwo się zgadza – brak prezentyzmu, dobrze zarysowane postaci, ciekawie opisane konflikty, te wewnętrzne i międzyludzkie. Starawe, ale naprawdę rzecz warta odkurzenia moim zdaniem.
Z pewnością mocno zapomniana, ale znakomita dwutomowa powieść osadzona w średniowiecznej Norwegii, która podejmuje temat walki między tym co ludzkie, a tym co boskie. Wspaniale oddane XIII stulecie na dalekiej północy - a takie klimaty Przewodzik lubi wyjątkowo. Ale tu także literacko mnóstwo się zgadza – brak prezentyzmu, dobrze zarysowane postaci, ciekawie opisane konflikty, te wewnętrzne i międzyludzkie. Starawe, ale naprawdę rzecz warta odkurzenia moim zdaniem.
6
96. Henry Fielding „Historia życia Toma Jonesa, czyli dzieje podrzutka” (1749, pol. wyd. 1955)
Trochę staroci to będzie w tym moim zestawieniu, ale co zrobić, że jestem takim literackim grzybem... A że film na podstawie powieści pojawił się w moim rankingu filmowym, to czemu nie literacki pierwowzór, szczególnie, że to po prostu świetna historia, świetnie opowiedziana. Szczerze mówiąc ja do końca wciąż nie mogę uwierzyć, że tak napisana rzecz powstała w połowie XVIII wieku. Czysta radość z szalonych przygód przystojnego Jonesa – właściwie synonim powieści awanturniczo-romansowej.
Trochę staroci to będzie w tym moim zestawieniu, ale co zrobić, że jestem takim literackim grzybem... A że film na podstawie powieści pojawił się w moim rankingu filmowym, to czemu nie literacki pierwowzór, szczególnie, że to po prostu świetna historia, świetnie opowiedziana. Szczerze mówiąc ja do końca wciąż nie mogę uwierzyć, że tak napisana rzecz powstała w połowie XVIII wieku. Czysta radość z szalonych przygód przystojnego Jonesa – właściwie synonim powieści awanturniczo-romansowej.
7
95. Harry Mulisch „Zamach” (1982, pol wyd. 1988). To nie jest tak, że znam się na literaturze niderlandzkiej, to pewnie jedyna powieść tego języka, którą czytałem, ale jest naprawdę bardzo dobra. To niezwykle precyzyjna i bardzo dobrze oddana próba pokazania zamachu na kolaborującego z Niemcami inspektora policji. Spore gatunkowy miszmasz, bo to i kryminał, i powieść psychologiczna, a nawet elementy zwykłej sensacji, ale to mieszanka naprawdę wybuchowa, to znaczy zamachowa. Powieść znam dzięki filmowi, ale jak to zwykle bywa pierwowzór literacki dużo lepszy. W sam raz na 95 miejsce.
8
94. Michel Tournier „Król Olch” (1970, pol. tłum. 1990). Lubicie powieści, które jednocześnie was zachwycają i odrzucają? Ja lubię i dlatego tak cenię ten utwór francuskiego prozaika. To historia tyle piękna, co wstrząsająca, ale tu na uwagę zasługuje głównie konstrukcja dzieła – doskonała. Utwór ma swoje przestoje, ale opowieść inspirowana balladą Goethego i dziejąca się w Prusach Wschodnich na długo zostaje w głowie. I Herman Göring jako Wilkołak – brr…
9
93. Heinrich Böll „Utracona cześć Katarzyny Blum” (1974, pol. wyd. 1976). RFN lat 70. To był na pewno ciekawy kraj, którym targały różnego rodzaju skandale i mocne historie, ferment jednym słowem. Powieść Bölla to w zasadzie odpowiedź i swego rodzaju streszczenie tego okresu – zamęt polityczny, terroryzm, polityka, nazistowskie korzenie i pewna kobieta, która trafia w sam środek przykrych dla niej wydarzeń. Niezwykle intrygująca wiwisekcja niemieckiego społeczeństwa i mam wrażenie, że dzisiaj taka powieść chyba nie mogłaby powstać. Tu także był u mnie najpierw film Volkera Schlöndorffa, ale utwór broni się znakomicie bez niego.
10
92. Cormac McCarthy „Droga” (2006, pol. wyd. 2008). Wam się wydaje, że to tak łatwo zmieścić 100 najlepszych powieści, a to wcale nie jest proste – no skoro „Droga” jest dopiero na 92 miejscu… A to przecież taka dobra i mocna proza, jak niemal wszystko co wyszło spod piór McCarthy’ego, ale co zrobić jest wiele innych.
Głębokie, przejmujące, prawdziwe – i tak się właśnie kończy świat. Jeśi postapo to właśnie takie, a nie jakieś marsjańskie inwazje. I znów spore pomieszanie gatunkowe - widać, tak jest dobrze. Dla mnie zdecydowanie powieść do powtórki.
Głębokie, przejmujące, prawdziwe – i tak się właśnie kończy świat. Jeśi postapo to właśnie takie, a nie jakieś marsjańskie inwazje. I znów spore pomieszanie gatunkowe - widać, tak jest dobrze. Dla mnie zdecydowanie powieść do powtórki.
11
91. Richard Yates „Droga do szczęścia”, (1961, pol. wyd. 2009)
Sporo u mnie powiązań literacko-filmowych, ale tu chodzi jednak o powieści i tak się składa, że filmy kierują mnie czasem w bardzo dobre rejony literackie. Tak było i tutaj – film jest dobry, ale powieść to prawdziwa petarda, która dekonstruuje amerykański sen z pięknym domem na przedmieściach. Niezwykle przykra w sumie opowieść, która mówi bardzo dużo o związkach, o konwenansach, o niemożności zrozumienia drugiej osoby. Szczególnie jeśli jest się z nią w związku. Obyczajówka na psychologicznych sterydach, która mocno wwierca się w głowę, szczególnie jeśli i u ciebie niezbyt wesoło. Także może raczej dla tych dobrze nastrojonych.
Sporo u mnie powiązań literacko-filmowych, ale tu chodzi jednak o powieści i tak się składa, że filmy kierują mnie czasem w bardzo dobre rejony literackie. Tak było i tutaj – film jest dobry, ale powieść to prawdziwa petarda, która dekonstruuje amerykański sen z pięknym domem na przedmieściach. Niezwykle przykra w sumie opowieść, która mówi bardzo dużo o związkach, o konwenansach, o niemożności zrozumienia drugiej osoby. Szczególnie jeśli jest się z nią w związku. Obyczajówka na psychologicznych sterydach, która mocno wwierca się w głowę, szczególnie jeśli i u ciebie niezbyt wesoło. Także może raczej dla tych dobrze nastrojonych.
12
90. Jerome K. Jerome „Trzech panów w łódce nie licząc psa” (1889, pol. wyd. 1912)
Poniedziałek trzeba zacząć pozytywnie, dlatego zmiana nastroju po wczorajszych przygnębiających pozycjach – jedna z najśmieszniejszych książek jakie czytałem i to najśmieszniejszych w taki absolutnie sympatyczny i miły sposób. Zupełna błahostka opowiadająca o perypetiach… trzech panów w łódce, ale jeśli literatura może dawać radość takimi głupotkami, to znaczy, że cel swój spełniła. W sumie co się dziwić, skoro jej autor nazywał się Jerome KLAPKA Jerome (swoją drogą Madziar z pochodzenia). Czytane kilka razy i jeszcze będzie.
Poniedziałek trzeba zacząć pozytywnie, dlatego zmiana nastroju po wczorajszych przygnębiających pozycjach – jedna z najśmieszniejszych książek jakie czytałem i to najśmieszniejszych w taki absolutnie sympatyczny i miły sposób. Zupełna błahostka opowiadająca o perypetiach… trzech panów w łódce, ale jeśli literatura może dawać radość takimi głupotkami, to znaczy, że cel swój spełniła. W sumie co się dziwić, skoro jej autor nazywał się Jerome KLAPKA Jerome (swoją drogą Madziar z pochodzenia). Czytane kilka razy i jeszcze będzie.
13
89. Ivo Andrić „Most na Drinie” (1945, pol. wyd. 1956 przekład: Halina Kalita – dodaję tłumacza, bo mnie parę osób ścigało, że nie podaję, jakbym miał mało roboty ;-). Ta powieść to być może klucz do zrozumienia byłej Jugosławii, czy szerzej Bałkanów – most zbudowany z Mehmeda Paszę Sokolovicia w bośniackim Višegradzie poprzez zbiorowego bohatera pokazuje skomplikowane dzieje tego regionu. Andrić znakomicie według mnie pokazał wieloetniczną społeczność na tle wydarzeń historycznych i codziennych spraw. Duża, intrygująca rzecz.
14
88. Romain Rolland „Colas Breugnon” (1919, pol. wyd. 1921, przekład. Franciszek Mirandola). Tę książkę już kiedyś rekomendowałem w ramach KsiążkaDnia i mogę tylko powtórzyć, że to jedna z najlepszych pochwał życia jakie czytałem. To także potężny wykład zdroworozsądkowej szkoły wiejskiej mądrości. Ten "chłopski rozum" to nie tylko zabobony i "ta było zawsze", ale tu ma jednak całkiem rozsądne podstawy, a przy okazji każe cieszyć się jadłem, napitkiem i innymi przyjemnościami - a czytelnikowi ten nastrój mocno się udziela. No i mamy dużo starej i smacznej Francji, w tym wypadku Burgundii.
15
87. Robert Nye „Falstaff” (1976, pol. wyd. 1990, przekład: Piotr Siemion). Kolejna bardzo wesoła powieść, choć z mocno gorzkimi nutami i co tu dużo gadać, dużo bardziej rubaszna niż poprzednie (ktoś powie nawet, że wulgarna). No, ale jak się bierze za bohatera szekspirowskiego Falstaffa to nie może być inaczej – blaga goni blagę, bo to mitoman to co się zowie, a do tego opój i lubieżnik Znakomite nawiązanie do Gdyby Nye troszeczkę się powściągał byłaby to powieść niemal doskonała, ale jest nieco za długa i ciut rozwlekła stąd tylko miejsce 87.
16
86. Arthur Koestler „Ciemność w południe” (1940, pol. wyd. 1949, przekład: Tymon Terlecki). Znakomite studium zniewolenia w Sowietach – książka niezwykle potrzebna w swoim czasie, bo niby wszyscy wiedzieli, ale przecież nie do końca wierzyli, co tam się dzieje w kraju sojuszu robotniczo-chłopskiego, bo orkiestra pożytecznych idiotów mówiła co innego. Wydawać się może, ze jej aktualność minęła, ale takie zagrożenia nigdy nie mijają, a tu mechanizm działania totalitaryzmu bardzo trafnie ujęty. Są też uwagi co do wiarygodności psychologicznej utworu, szczególnie warunków więziennych, ale mimo tego, jest to dla mnie to na pewno jedna z najważniejszych książek XX wieku.
17
85. Alberto Moravia „Pogarda” (1954, pol. wyd. 1961, przekład Zofia Ernstowa”. Dramat psychologiczny, który skupia się na rozpadzie pewnego małżeństwa, w którym pojawia się w końcu tytułowa pogarda. A wszystko to widziane oczami męża i spisane w formie pamiętnika. Przykra lektura, ale mająca w sobie sporo prawdy o życiu i ludziach. Dla mnie jednak najlepsza powieść Moravii, stąd więcej jego utworów już na liście nie będzie, gdyby ktoś pytał.
18
84. Friedrich Dürrenmatt „Obietnica” (1958, pol. wyd. 1986, przekład Kazimiera Iłłakowiczówna). Za co lubię Dürrenmatta to przede wszystkim za niebywałą zwartość, brak nadmiaru tekstu i całej tej, czasami zupełnie niepotrzebnej, paplaniny powieściowej. Tu wszystko jest w punkt, podane tak jak trzeba, a ksiażka i tak ma w sobie tajemnicę i zagadkę, bo choć to jest kryminał, to przecież nie do końca. Niby powieść detektywistyczna, ale inaczej i ciekawiej moim zdaniem rozwiązana. Nie uciekniemy od filmowych odniesień, bo akurat ta powieść powstała na kanwie scenariusza, który pisarz stworzył i chciał rozbudować ją w coś większego. I dobrze zrobił. A adaptacji było kilka, jedną, węgierska niedawno omawiałem.
19
83. Kenzaburō Ōe „Futbol ery Man'en” (1967, pol. wyd. 1995, przekład: Mikołaj Melanowicz). Długie cienie starych spraw, czyli jak historia sprzed stu lat wpływa na życie bohaterów w latach 60. To, oprócz interesującej psychologii postaci, także niezwykle ciekawy obraz przemian społecznych w Japonii, gdzie dawne tradycje i wartości przestają mieć znaczenie, a atomizacja jest coraz bardziej wyraźna. To nie jest łatwa proza, także ze względu na formalne eksperymenty autora, ale jeśli się ją dobrze „chwyci” to daje sporo satysfakcji.
20
82. Charles Dickens „Wielkie nadzieje” (1881, pol. wyd. 1918, przekład Antoni Mazanowski). W rankingu nie mogło zabraknąć tego pisarza, a to nie będzie jedyny jego utwór na liście. Jak to zwykle u Dickensa – przede wszystkim moralitet, ale też bardzo ciekawy bildungsroman. Pip to postać tyle schematyczna, co skomplikowana, a Dickens dał mu wystarczająco dużo iskry prawdziwego życia. To jest taka klasyka, która zawsze się sprawdza – dobrze się czyta i dotyka spraw dla każdego ważnych. Ja bardzo lubię i mam zamiar do tej akurat powieści wrócić.
21
81. Joseph Roth „Marsz Radetzky'ego” (1932, pol. wyd. 1977, przekład: Wanda Kragen). Historia rodu von Trotta jako symbol wielkości, ale przede wszystkim schyłku i upadku monarchii habsburskiej. Wspaniała powieść, w której choć widać niewątpliwe sentymenty za „starymi czasami”, jest przede wszystkim mocną krytyką dawnych stosunków i spraw. Roth to nieodrodny syn Europy Środkowej, a czytając go po prostu lepiej się rozumie jej przeszłość i korzenie teraźniejszości.
22
80. Anthony Burgess „Śmierć w Deptford” (1993, pol. wyd. 1999, przekład: Ola i Wojciech Kubińscy). Przewrotna biografia Christopha Marlowe’a, która pod płaszczykiem powieści awanturniczej skrywa niezwykle przenikliwy portret twórcy i człowieka zbuntowanego, który zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w wieku 29 lat. Znakomita tkanka historyczna i świetne oddanie elżbietańskich realiów, w tym także specyfiki ówczesnego teatru. To ostatnia powieść Burgessa opublikowana kilka miesięcy przed jego śmiercią i jedna z jego najlepszych rzeczy.
23
79. James Jones „Cienka czerwona linia” (1962, pol. wyd. 1990, przekład: Bronisław Zieliński). Z pewnością jedna z najlepszych powieści o wojnie, tu jeszcze z dodatkowym egzotycznym twistem, bo to przecież kampania na Pacyfiku. Bez upiększeń, bez bohaterstwa, ale z dużą mądrością i autentyzmem – autor wszak sam uczestniczył w tych walkach. To książka pacyfistyczna, ale nie naiwna w swym antywojennym przesłaniu. Z „Trylogii wojennej” pisarza to właśnie ta część jest moim zdaniem najciekawsza, najpełniejsza we wszystkie walory tego typu literatury. A ekranizacja, co rzadkie, niemal dorównuje literackiemu oryginałowi.
24
78. Philip K. Dick „Ubik”(1969, pol. wyd. 1975, przekład: Michał Ronikier). Układają ten swój ranking wiedziałem, że musi się w nim znaleźć coś Dicka, bo naczytałem się chłopa i cenię, ale gdy przyszło do wyboru konkretnego dzieła to miałem problem. Bo tak naprawdę Dicka lubi się za całość moim zdaniem – za toposy, za inteligencję, za pomysły i jego powieści oraz opowiadania zlewają się trochę w jedną psychodeliczną masę. Wybrałem „Ubika” bo jest nieco inny, trochę osobny, choć są tu motywy stale u niego obecne. No właśnie – zatem tylko jeden Dick.
25
77. Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn” (1947, pol. wyd. 1957, przekład: Irena Szuch-Wyszomirska). Pewnie znów zaskoczenie u niektórych (wielu?), ale przyznam się, że miałem nawet taki pomysł, żeby strollować ten ranking i umieścić tę powieść na pierwszym miejscu, bo uważam ją za arcydzieło. No, ale trzeba trzymać miarę, traktować poważnie obserwujących i ta lokata jest chyba ok. Pisząc arcydzieło nie mam żadnych wątpliwości – ja tego nie czytałem jako dziecko (wtedy uważałem, że to "książka dziewczyńska"), dopiero, gdy sam stałem się ojcem przeczytałem i byłem absolutnie zachwycony. Nie ma moim zdaniem lepszej książki o dzieciństwie, które tu jest, owszem, pokazane jako arkadia, ale nie w taki głupiutki sposób, ale z dużą mądrością, wyczucie i dowcipem. No i jak sprawić, że świat wydaje się magiczny bez magii? Cudowna rzecz.
26
76. Milorad Pavić „Słownik chazarski. Powieść-leksykon w stu tysiącach słów” (1984, pol. wyd. 1993, przekład: Elżbieta Kwaśniewska, Danuta Cirlić-Straszyńska)
Powieść zupełnie niezwykła - wariacka podróż w czasie i przestrzeni hipertekstowym, postmodernistycznym wehikułem literackim. Rzecz ma swoje źródło w słynnej legendarnej dyspucie teologicznej przedstawicieli trzech religii z 861 roku, która spowodowała, że Chazarowie wybrali jako swoją religię judaizm. W książce mamy trzy spojrzenia na to wydarzenie i wiele wspaniałych postaci i zdarzeń. A, księga ta ma także swoją płeć - jest egzemplarz żeński oraz męski, ale różnią się one tylko małym szczegółem. Bałkany, więc jest to wesołe szaleństwo, ale przy tym bardzo smacznie literacko i intelektualnie.
Powieść zupełnie niezwykła - wariacka podróż w czasie i przestrzeni hipertekstowym, postmodernistycznym wehikułem literackim. Rzecz ma swoje źródło w słynnej legendarnej dyspucie teologicznej przedstawicieli trzech religii z 861 roku, która spowodowała, że Chazarowie wybrali jako swoją religię judaizm. W książce mamy trzy spojrzenia na to wydarzenie i wiele wspaniałych postaci i zdarzeń. A, księga ta ma także swoją płeć - jest egzemplarz żeński oraz męski, ale różnią się one tylko małym szczegółem. Bałkany, więc jest to wesołe szaleństwo, ale przy tym bardzo smacznie literacko i intelektualnie.
27
75. Michel Houellebecq „Cząstki elementarne” (1998, pol. wyd. 2003, przekład: Agnieszka Daniłowicz-Grudzińska). Nikt w literaturze europejskiej nie pokazuje tak dobrze rozkładu jak lekko zwichrowany Francuz, który ma też jakąś dziwną i tajemniczą umiejętność łączenia tak zgrabnie wulgarności z czułością. Ta powieść była moim pierwszym spotkaniem z jego prozą i bardzo dobrze, bo późniejsze, z pewnym wyjątkiem, to w zasadzie ciąg dalszy seksualnych obsesji i potwornej samotności. Wali po głowie, ale jak walisz kogoś po głowie tym samym wiele razy, to pojawia się pewna obojętność lub opór. Ta powieść jest świetna.
28
74 Gabriel García Márquez „Jesień patriarchy” (1975, pol. wyd. Carlos Marrodán Casas). Wyznanie – nie przepadam z „Stol lat samotności”, ale za to wolę i cenię inna powieść kolumbijskiego noblisty – tę dużo bardziej surrealistą. I tak jak mieliśmy już literacki klucz (ta sądze przynajmniej) do Bałkanów, tak być może tu mamy taki klucz do Ameryki Łacińskiej z ich operetkowymi zamachami stanu i groteskowymi dyktatorami. Niby wszystko w tej powieści wyolbrzymione, wszystko za bardzo, a i tak, patrząc na historie tego regionu, ma się wrażenie, że to musi być prawie naprawdę. Zabawne, smutne i ostatecznie także przerażające. Czyli tak jak trzeba.
29
73. Thomas Pynchon „Tęcza grawitacji” (1973, pol. wyd. 2001, przekład: Robert Sudoł). Trudne, skomplikowane, szalone, psychodeliczne, erudycyjne (może nawet czasami trochę zbyt erudycyjne) – co tu dużo pisać, to po prostu wybitna powieść postmodernistyczna. Jeśli czytelnik nie nastroi się na fale Pynchona to moim zdaniem nic z tego nie wyjdzie i dostanie tylko bełkot. Ale moim zdaniem tam jest spora warstwa znaczeniowa – nie twierdzę, że do wszystkich jej pokładów dotarłem, ale chyba do niektórych się udało. Tu niby o II wojnie światowej, niby o V2, ale autor miał na pewno szersze zamiary. Dla mnie pewnie zbyt szerokie, ale szanuje i cenię za to intelektualne skołowanie po lekturze.
30
72. Jean D'Ormesson „Chwała cesarstwa” (1971, pol. wyd. 1975, przekład: Eligia Bąkowska). Powieść francuskiego pisarza i akademika to być może najlepsza powieść o „tym cesarstwie, za którym nikt nie tęskni" - to dość specyficzna literatura, ale na pewno warta uwagi i cenna zarówno artystycznie jak i poznawczo. To "cesarstwo, za którym nikt nie tęskni” to oczywiście Bizancjum, bo choć to alegoryczna opowieść i rzecz dzieje się w pewny wymyślonym imperium, to raczej łatwo rozpoznać pewne tropy i ślady. Kiedyś do niej wrócę, kiedyś wrócę...
31
71. Alejo Carpentier „Królestwo z tego świata” (1949, pol. wyd. 1968, przekład:
Kalina Wojciechowska). Gdyby nie było Jorge Luisa Borgesa, to pewnie moim ulubionym pisarzem iberoamerykańskim byłby Kubańczyk (Borges nie pisał powieści, więc go w rankingu nie ma) – wspaniała literatura, która różni się nieco od reszty latynoskiej prozy (choć u niego też jest realizm magiczny (pod nazwą „amerykańska rzeczywistość cudowna”), ale wciąż nieco innego rodzaju. Duża kultura słowa oraz piękna fraza i sporo ciekawych przemyśleń, także natury historiozoficznej – temat do takich rozmyślań w sam raz, bo rzecz dzieje się na przełomie XVIII i XIX wieku na Haiti. To być może właśnie wtedy i tam wykuwała się kultura Ameryki Łacińskiej.
Kalina Wojciechowska). Gdyby nie było Jorge Luisa Borgesa, to pewnie moim ulubionym pisarzem iberoamerykańskim byłby Kubańczyk (Borges nie pisał powieści, więc go w rankingu nie ma) – wspaniała literatura, która różni się nieco od reszty latynoskiej prozy (choć u niego też jest realizm magiczny (pod nazwą „amerykańska rzeczywistość cudowna”), ale wciąż nieco innego rodzaju. Duża kultura słowa oraz piękna fraza i sporo ciekawych przemyśleń, także natury historiozoficznej – temat do takich rozmyślań w sam raz, bo rzecz dzieje się na przełomie XVIII i XIX wieku na Haiti. To być może właśnie wtedy i tam wykuwała się kultura Ameryki Łacińskiej.
32
70. Robert Musil “Niepokoje wychowanka Törlessa” (1906, pol. wyd. 1973, przekład: Jerzy Łoziński). To książka wydana na początku zeszłego wieku, ale zadziwiająco nowoczesna – gdyby zmienić nieco język, ubiory i akcesoria to spokojnie można ja uznać za rzecz z drugiej połowy XX wieku. Niepokojąca opowieść o tym jak rodzi się przemoc i zło, a wszystko osadzone w szkole kadetów dla chłopców z „dobrych domów” w Austro-Węgrzech. Niby znajome tematy, ale pamiętajmy, że powieść ma ponad 100 lat i to właśnie Musil był jednym z prekursorów takiej tematyki w literaturze. Niestety nie czytałem opus vitae pisarza, czyli „Człowieka bez właściwości” i nie mogę tej pozycji umieścić w rankingu, ale czuję, że chyba by tu trafiła.
33
69. Mark Twain „Życie na Missisipi” (1883, pol. wyd. 1967, przekład: Zofia Siwicka). Sam mam się za włóczęgę lub, bo może ktoś coś pochopnie pomyśleć, za łazika i lubię też bardzo literaturę włóczęgowską, a czy znacie lepszą niż to dzieło Twaina? No, może są jakieś, ale nie tak fajnie napisane. Wspaniała przygoda, w której widać autentyczną miłość do ziemi, ludzi i samego siebie. Ech, to jest właśnie podróżowanie par excellence – wnikanie w podszewkę rzeczywistości, dobry humor i picie garściami ze źródła życia.
34
68. Orhan Pamuk „Nazywam się Czerwień” (1998, pol. wyd. 2007, Danuta Chmielowska). Takie powieści historyczne lubię – tu historia nie jest tylko martwym sztafażem, ale jest żywo odmalowana i podana. Odmalowana to akurat dobre słowo, bo tłem jest tutaj tajemnicza śmierć jednego z nadwornych miniaturzystów sułtana. To jest literatura lekko egzotyczna, ale tylko okolicznościami, bo narracja Pamuka jest wzorcowa i nawiązuje do największych powieści tego typu w historii, choć trzeba przyznać, że jest nieco zawiła. Ale to jest plan autora, a nie przypadkowy chaos, stąd i to trzeba docenić. To opowieść z XV wieku, ale przecież sporo tu odniesień i aluzji do współczesnej Turcji, która od wieków jest między Wschodem i Zachodem.
35
67. José Saramago „Miasto ślepców” (1995, pol. wyd. 1998, przekład: Zofia Stanisławska). Portugalski pisarz uchodzi za twórcę ocenianego bardzo różnie, ale moim zdaniem akurat w tej powieści nie ma specjalnych wątpliwości, że to jest dobra proza, a nawet bardzo dobra. Oczywiście wiem, że to jest najbardziej popularna pozycja portugalskiego autora, ale moim zdaniem też najlepsza, przynajmniej z tych, które czytałem (nie było tego dużo swoją drogą). Punkt wyjścia, choć bardzo ciekawy i dający mnóstwo możliwości, mógł łatwo zmeadrować w niedobrym kierunku, ale Saramago ładnie zapanował nad nim i dobrze tę historię epidemii ślepoty poprowadził do końca. Jak tylko pomyślę, że taka epidemia ogarnia ludzkość, to robi mi się słabo, szczególnie, że autor przekonał mnie, że to się dobrze nie skończy, a ślepota nie byłaby najgorszym problemem.
36
66. Richard Adams „Wodnikowe Wzgórze” (1972, pol. wyd. 1982, przekład: Krystyna Szerer). Pozostajemy w klimacie fantastycznym (nie, że taki dobry, choć też, tylko, że w świecie fantazji) i w zasadzie nic w tej powieści nie powinno mi się podobać: no właśnie fantastyka, a do tego opowiadająca o… królikach, które to mają swoje społeczeństwo, rytuały, język i emocje, w dodatku jest to właściwie utwór przeznaczony dla dzieci lub może raczej dla młodzieży. Ale jak to się czyta! Przygoda pełną gębą (pełnym pyszczkiem) i aż ciężko uwierzyć, że człowiek aż tak kibicuje puchatym zwierzakom. Naprawdę sam się sobie dziwie, że umieszczam tę książkę na tak w sumie wysokim miejscu, ale co tam – dobra jest! I wbrew pozorom bardzo uniwersalna, a tak naprawdę jest to króliczy epos bardziej niż zwykła powieść fantastyczna.
37
65. Louis-Ferdinand Céline „Podróż do kresu nocy” (1932, pol. wyd. 1933, przekład: Wacław Rogowicz). To powieść jak walnięcie młotem – językiem, brutalnością, brudem i ciężkim klimatem, nic dziwnego, że stała się skandalem zaraz po opublikowaniu w latach 30. To też na pewno jeden z najbardziej wpływowych utworów w XX wieku, ale trzeba go chyba odpowiednio dawkować przy czytaniu, bo tu wszystko podlega krytyce: wojna, społeczeństwo, ludzie, sprawy. Egzystencjalne wycie, ale bez nadziej na usłyszenie przez kogokolwiek. Choć można przeczytać.
38
64. Arkadij Strugacki & Borys Strugacki „Piknik na skraju drogi” (1972, pol. wyd. 1974, przekład: Irena Lewandowska). Jeśli fantastyka to właśnie taka – bo niby są ci kosmici (albo raczej - byli), jest ziemia po inwazji, cały ten bagaż gatunkowy, ale wszystko to jakieś głębsze, próbujące powiedzieć więcej i mądrzej. Warstwa filozoficzna jest tu wręcz namacalna, autorzy nawet nie ukrywają, że interesuje ich fenomen religii czy wręcz mistyki, co zresztą doskonale wykorzystał w swojej filmowej adaptacji utworu Andriej Tarkowski. Jesteśmy zatem niczym więcej niż owadami, które przyglądają się resztkom po pikniku kogoś większego. Jedna z najlepszych powieści sci-fi w historii, bez dwóch zdań, choć tu te proste gatunkowe zaszeregowania nie działają.
39
63. William Faulkner „Absalomie, Absalomie...” (1936, pol. wyd. 1955, przekład: Zofia Kierszys). My się czasem śmiejemy z Amerykanów, że ich kultura taka młoda, tak nic nie znacząca oprócz popkultury, ale nie ma chyba głupszej i bardziej krzywdzącej opinii, a dowodem tego wielkie amerykańskie powieści XX wieku. Jakaż w nich szerokość perspektyw, jaka wysokość zamierzeń, jaka głębokość diagnoz i patrzenia na ludzi i zdarzenia. Dzieło Faulknera jest właśnie jedną z tych wielkich amerykańskich powieści, którą moim zdanie trzeba znać. Mnóstwo tropów, symboliki, skomplikowana, ale precyzyjna narracja, a wszystko żeby pokazać korzenie Ameryki i jej mieszkańców.
40
62. Marguerite Yourcenar „Kamień filozoficzny” (1968, pol. wyd. 1970, przekład: Eligia Bąkowska). I znów – powieść historyczna, która nie jest po prostu błahą opowiastką z przeszłości, ale chce iść dalej, szukać w przeszłości mocniej i dawać czytelnikowi więcej. Tu dostajemy dużo więcej, a wszystko skupione na głównej postaci – Zenon to XVI-wieczny lekarz, alchemik i przede wszystkim filozof, który stara się rozpoznać naturę świata i znaleźć oczywiście tytułowy kamień filozoficzny. To także poniekąd powieść drogi, dzięki której możemy przemierzać gościńce renesansowej Europy. Duża powieść, ale nie najlepsza autorki, że tak troszkę zaspoileruję ;-)
41
61. John Fowles „Kochanica Francuza” (1969, pol. wyd. 1973, przekład: Wacława Komarnicka). Ach jak ja lubię, gdy autor za nic mam schematy myślowe i gatunkowe i wywraca na lewą stronę nasze oczekiwania – tak jak tu. Bo to przecież romans, który jest tak naprawdę antyromansem,bo choć oczywiście na górze jest wiktoriański melodramat, to pod spodem dzieje się dużo więcej i tak naprawdę ciekawiej. W sumie dla tych, którzy nie lubią zdrapywać farby, ta pierwsza warstwa też wystarczy i też jest dobra, no ,ale my tutaj chcemy jednak czegoś więcej przecież, to ma być wielka literatura i ta taka jest, dzięki niezwykłej świadomości autora i jego skłonności do podejmowania gry z czytelnikiem. No i najważniejsze – tu jest banalność, która przeradza się w niezwykłość, takie utwory cenię szczególnie.
42
60. Kurt Vonnegut „Rzeźnia numer pięć” (1969, pol. wyd. 1972, przekład: Lech Jęczmyk). To książka-legenda i już z tego powodu powinna się znaleźć w moim zestawieniu, ale dla mnie byłoby to za mało. Sprawdziłem zatem osobiście (no, już jakiś czas temu) – ona jest naprawdę taka dobra. Tu oczywiście głównie dzięki ironii i ciętemu dowcipowi Vonneguta oraz jego zdolnością narracyjnym, bo to znakomicie opowiedziana historia dziejąca się w bombardowanym Dreźnie. To język autora prowadzi tę historię i bez niego byłaby to tylko „kolejna wstrząsająca powieść o koszmarze wojny”, a tak dostaliśmy dzieło, które ociera się o wybitność. A zresztą nie – zbliżamy się do 50 i to już są wybitne powieści. Ta jest wybitna tylko trochę mniej niż te, które pozostały do końca.
43
59. Georges Bernanos „Pod słońcem szatana” (1926, pol. wyd. 1989, przekład Zofia Milewska). Tak naprawdę Bernanosa to najlepsze są „Dialogi karmelitanek”, ale to jest dramat, więc się nie kwalifikuje do rankingu. Ta, debiutancka, powieść jest gorsza jedynie o potknięcia nowicjusza, bo duża świadomość literacka i rozpoznanie czemu ma służyć utwór jest tu na odpowiednim poziomie. To proza, którą na pewno można nazwać katolicką, ale daleko jej do konfesyjnych historyjek – nie, to poważne zmaganie się ze swoim słabościami, z wiarą, Bogiem i ludźmi. Dwie pozornie osobne opowieści sprowadzają się w sumie do jednego – to dobro zwycięża, choć wydaje się bardzo często, że szatan włada ziemią. Dla katolików poszukujących rzecz zdecydowanie warta lektury, ale i niewierzący znajdą w niej wiele niezwykle wartościowych fragmentów.
44
58. Umberto Eco „Imię róży” (1980, pol. wyd. 1987, przekład: Adam Szymanowski). Znów debiut literacki, choć zdecydowanie inny od poprzedniej książki, bo tu za prozę wziął się profesor na emeryturze, jak mawiał mój znajomy. No, ale nie byle jaki profesor, bo jednak ktoś kto rozumie średniowiecze, ale go nie lubi (jest jeszcze możliwość, że nie rozumie, ale dużo o nim wie, ale to mimo wszystko karkołomne). Zatem to jest znakomita powieść i jeśli traktować ją tylko jako wspaniałą intelektualna rozrywkę, to ona jest bez wątpienia wybitna. Gorzej nieco w warstwie znaczeniowej i chyba jednak intencjach autora, ale mój Boże, nie każdy jest doskonały. Zatem – wspaniała przygoda kryminalno-historyczna, a postać Wilhelma z Baskerville jest jedną z najfajniejszych jakie spotkałem w literaturze.
45
57. Shūsaku Endō „Milczenie” (1966, pol. wyd. 1971, przekład: Izabela Denysenko). Bardzo głośna powieść jednego z moich ulubionych pisarzy japońskich, która znana jest tylko dzięki dwóm, według mnie niezbyt udanym ekranizacjom. Zarówno film Shinody z 1971 i Scorsese z 2016 mocno uprościły znacznie bogatsze przesłanie i morał literackiego oryginału. To trudna lektura, ale nie z powodu formalnych wygibasów, tylko dlatego, że podejmuje temat niezwykle trudny, śmiem twierdzić nawet, że dla wielu kluczowy, szczególnie oczywiście dla osób wierzących. Dlaczego Bóg pozwala na zło? Dlaczego niewinni muszą czasem cierpieć, choć nie zrobili nic złego? Dlaczego Bóg milczy? Dużo ważny pytań, ale Endō szuka bardziej złożonych odpowiedzi i to wszystko nie jest takie proste, tyle w tak krótkim tekściku mogę w sumie napisać. Przejmujące i mocno dające do myślenia.
46
56. John Fowles „Mag” (1965, pol. wyd. 1982, przekład: Ewa Fiszer). Tu tak naprawdę mam zamiar napisać dużo więcej niedługo, bo jestem… świeżo po lekturze. Wiem, chyba trochę dziwne, ale to było jedno z moich „czytelniczych wstydów”, które bardzo chciałem nadrobić przez zrobieniem rankingu. I jak widać „Mag” wskoczył do niego dość energicznie. A gdybym przeczytał tę powieść jako młody człowiek, pewnie byłaby jeszcze wyżej, bo ona nosi silne znamiona utworu, który zdecydowanie może być formacyjny. Ale jestem już trochę otrzaskanym czytelnikiem, więc zabawy i figle literackie Fowlesa choć działały, bo są dobre, to jednak znam już trochę te chwyty. Ta powieść jest przede wszystkim doskonale napisana, a dwa pierwsze akty, czyli romans z Alison i poznawanie greckiej wyspie Spetsai i tajemniczej posiadłości Conchisa to są arcydzieła. Później jest już nieco gorzej, wchodzą te jungowskie labirynty i moim zdaniem powieść traci, ale to wciąż jest wielka literatura.
47
55. László Krasznahorkai „Melancholia sprzeciwu” (1989, pol. wyd. 2007, przekład Elżbieta Sobolewska). O tej książce pisałem na swoim profilu, więc sobie ułatwię i zacytuję sam siebie: „Dawno nie czytałem rzeczy tak pozornie niekoherentnej, poszarpanej, rozkawałkowanej, a jednocześnie zadziwiająco spójnej i wielowymiarowej. No nie jest to literatura dla wszystkich, zdecydowanie odradzam osobom, które nie lubią eksperymentowania z narracją czy dziwnym budowaniem zdań, ale dla mnie to ogromne odkrycie i chciałbym napisać, że także zachwyt, ale mam tak zwichrowane odczucia po jej przeczytaniu, że sam nie wiem do końca, co o tym” myśleć. Ale bardzo doceniam takie oddziaływanie literatury na moją biedną głowę”. No właśnie dlatego tak wysoko, tak nieznana chyba jednak powieść.
I tylko jeszcze taka uwaga, że na podstawie powieści Béla Tarr nakręcił film "Harmonie Werckmeistera".
I tylko jeszcze taka uwaga, że na podstawie powieści Béla Tarr nakręcił film "Harmonie Werckmeistera".
48
54. Bohumil Hrabal „Czuły barbarzyńca” (1974, pol. wyd. 1997, przekład: Aleksander Kaczorowski). Znakomita powieść o niezwykłym człowieku Vladimirze Boudnika, malarzu i grafiku z którym pisarz się przyjaźnił . Wszystko co najlepsze w prozie czeskiego kumpla od piwa, prawdziwi, ale niezwykle oryginalni ludzie i magiczna codzienność. Lubię bardzo, choć uważam, że literatura czeska jest u nas mocno przehypowana (młodzi tak mówią jeszcze?). Ale to to jest wspaniałe, Hrabal jest prawie zawsze wspaniały. A i jeszcze lubię że to był konkretny facet i ględził po próżnicy.
49
53. John Steinbeck „Na wschód od Edenu” (1952, pol. wyd. 1958, przekład: Bronisław Zieliński). Kolejna „wielka amerykańska powieść XX wieku” (swoją drogą można by ułożyć ranking samych tych powieści - tego jest naprawdę dużo), która jest niby tylko sagą rodzinną kalifornijskich ranczerów, ale to także symboliczne przetworzenie biblijnej historii o Kainie i Ablu. Tak, biblia jest mocno obecna w tej dużej literaturze amerykańskiej i ciekawe czy to wynika z protestanckich korzeni czy z tego, że kraj ten musiał tworzyć się od zera i potrzebował odwołań do tych podstawowych mitów. Steinbeck wielkie pióro, choć trochę blagier, ale z drugiej strony – od tego przecież są pisarze.
50
52. Sándor Márai „Ziemia! Ziemia!... (1972, pol. wyd. 2005, przekład: Teresa Worowska). Pora na pierwszą powieść Wielkiego Madziara, którego nie waham się nazywać Mistrzem. Dla mnie to wspaniała literatura, która w formie powieściowej dotyka najważniejszych spraw ludzkich. Márai wspominając swoje życie, bo to powieść autobiograficzna, stara się dociekać przyczyn i źródeł, jest sprawiedliwy w osądach, ale też przekonany, że na Węgry spadnie wielka tragedia. Bo to rzecz o powojniu i tym co przynieśli do jego kraju komuniści. I zmagania czy zostać czy wyemigrować. To słowo dzisiaj niemodne, a nawet trącące myszką, ale był Márai prawdziwym intelektualistą.
51
51. Aleksander Sołżenicyn „Jeden dzień Iwana Denisowicza” (1962, pol. wyd. 1989, przekład: Witold Dąbrowski, Irena Lewandowska). Na początek sprawa techniczna – tak, uważam, że to krótka powieść, a nie opowidania czy nowela i zamykam dyskusje nad formą tego tekstu tym samym. I tak, to pewnie, obok opowiadań Szałamowa, najlepsza rzecz o życiu w gułagu. Znakomite oddanie specyficznego języka zeków i beznadziei obozowej, które momentami aż boli podczas czytania. To powinna być lektura obowiązkowa dla tych wszystkich lekkoduchów, szczególnie na Zachodzie, którzy z taką dezynwolturą wychwalają Sowiety – nie życzę im nawet godziny w taki piekle, a co dopiero całego dnia. Jedno słowo - wstrząsające.
52
50. John Barth „Bakunowy faktor” (1960, pol. wyd. 1980, przekład: Sławomir Magala). No dobra, zaczynam pierwszą 50. i tu nie ma już miejsca na żarty, ale w sumie jest – bo przed nami zupełnie fantastyczna podróż w czasie i przestrzeni, która w zwariowanym wehikule prowadzi nas przez dziesiątki postaci i mnóstwo interesujących wydarzeń w XVII-wiecznej Anglii i Ameryce. Zdumiewająca powieść, która pod płaszczykiem awanturniczej opowiastki, opisuje bóle porodowe Stanów Zjednoczonych. W tym utworze, oprócz rozmachu, zachwyca bogactwo stylistyczne i narracyjne – czyta się jednym tchem. Tak, to jest postmodernizm, ale dajcież spokój, nie ma co nim straszyć dzieci, świetna powieść i tyle.
53
49. Alejo Carpentier „Podróż do źródeł czasu” (1953, pol. wyd. 1963, przekład: Kalina Wojciechowska). Jakiś czas temu przeczytałem ponownie tę powieść po latach i wciąż uważam ją za jedna z najważniejszych w moim życiu, a Carpentiera za ulubionego powieściopisarza z Ameryki Łacińskiej (bo Borges to opowiadaniopisarz przecież ;-). Tytułowa podróż to tak naprawdę dekonstrukcja legendy o Eldorado, tyle że tu celem jest odkrywanie nie tylko „korzeni ludzkości”, ale może przede wszystkim samego siebie, jak zwykle zresztą. Egzotyczny sztafaż amazońskiej dżungli nadaje temu utworowi odpowiedniej gęstości, ale tam jest dużo szersza perspektywa, która przefiltrowana jest głównie przez muzykę i kulturę Starego Świata. Rzecz fascynująca i zostająca w pamięci.
54
48. Knut Hamsun „Głód” (1890, pol. wyd. 1923, przekład: Anna Marciniakówna). Wielka powieść kontrowersyjnego Norwega, ale tu zajmujemy się literaturą, a nie rozliczaniem biografii, a ta jest wysokiej próby. Intrygujące studium biedy, samotności, alienacji być może nawet, a do tego mocny portret psychologiczny człowieka na skraju i niezwykle ciekawy obrazek obyczajowy z końca XIX wieku, choć oczywiście niektóre motywy niepokojące. Hamsun to zresztą autor naprawdę wart poznania, mocno zastanawiałem się czy nie dać do rankingu także „Błogosławieństwo ziemi” , a nawet „Włóczęgów”, ale zestawienie nie z gumy i nie dało rady…
55
47. Umberto Eco „Wyspa dnia poprzedniego” (1994, pol. wyd. 1995, przekład: Adam Szymanowski). Według mnie to nie tylko najlepsza powieść słynnego włoskiego profesora semiotyki, ale też… najzabawniejsza. Jest to oczywiście nie zaśmiewanie się do rozpuku, ale radość intelektualna, która żywi się paradoksami i przegląda w XVII-wiecznym gabinecie osobliwości. W zasadzie wszystko mi się tu podoba, bo jest odpowiedni balans między libertyńskim sznytem, a całkiem poważnym filozoficznym namysłem nad ludzkim poznaniem. Sekret obliczania długości geograficznej stał się dla Eco znakomitym pretekstem do opowiedzenia o odwiecznym ludzkim dążeniu do wiedzy, a postać szalonego jezuity ojca Kacpra to figura zupełnie fantastyczna. Czytane dwa razy, będzie pewnie i trzeci.
56
46.Thomas Bernhard „Wymazywanie” (1986, pol. wyd. 2004, przekład: Sława Lisiecka). Tak, ja też te dwadzieścia lat temu przeżywałem sporą fascynację Bernhardem i tak, chodziłem na spektakle Lupy. Dziś inaczej na to patrzę oczywiście, ale ta proza mocno zostaje w człowieku i wciąż jakoś na mnie oddziałuje. Trochę boję się akurat do tej książki wrócić, bo ona ostro dała mi po głowie, ale pewnie wróće, bo w sumie to lubię takie smaganie. Dla mnie monologi Franza Muraua to nie tylko wwiercanie się w umysł postaci, ale także porządna wiwisekcja Austrii i Austriaków, ta krytyka przybiera czasem zbyt monstrualne rozmiary i jest totalna, ale tak trzeba z tym krajem i z tym narodem.
57
45. Émile Zola „Germinal” (1885, pol. wyd. 1959, przekład: Krystyna Dolatowska). Tak to jest właśnie z rankingami – nie sposób zmieścić wszystkich dobrych powieści, trzeba więc wybierać dla niektórych autorów te, które uważamy za najlepsze i „Germinal” jest właśnie moim zdaniem takim utworem dla Zoli. Tu nie ma półśrodków i jest to naturalizm at its finest, a przy tym to po prostu znakomita literatura, która dociera do spodu ludzkiego żywota i momentami aż sami oddychamy węglowym pyłem i słyszymy te biedne dziatki w lichej izbie. Uff, potwornie ciężki to był kawałek chleba i niech przeklęty będzie taki znój.
58
44. Charles Dickens „Klub Pickwicka” (1837, pol. wyd. 1870, przekład: różni tłumacze, w tym Włodzimierz Górski). Znów zmiana nastroju, bo ze mną nie ma nudy, a tym razem choć wciąż wiek XIX, to bodaj najpogodniejsza książka w historii. Wspaniała gawęda i tu mogę tylko mnożyć przymiotniki takie jak „urocza, sympatyczna, wesoła, rubaszna, etc”. Dla mnie to klasyka w najlepszym wydaniu, nie ma się co specjalnie rozwodzić, a kto nie czytał jeszcze z jakiegoś powodu, to gorąco polecam.
59
43. Fernando Pessoa „Księga niepokoju Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie”(1982, pol. wyd. 1995, przekład: Janina Z. Klave; Michał Lipszyc). To jedyna pozycja na mojej liście, co do której miałem wątpliwości czy to jest powieść czy inny rodzaj, bo choć jest to moim zdaniem „literatura totalna”, to jednak pozszywana ze skrawków, fragmentów i okruchów, a wydana pośmiertnie po aż 50 latach. Bardzo jednak chciałem mieć tę książkę w rankingu, bo to rzecz wyjątkowa i osobna w prozie światowej – sekretny dziennik Bernardo Soaresa to wnikliwe, pesymistyczne i niepokojące spojrzenie na świat i na siebie. A takie właśnie lubię najbardziej, być może dlatego, że znajduje tam powinowactwo duchowe.
60
42. Patrick White „Voss” (1957, pol. wyd. 1979, Maria Skibniewska). Tu, podobnie jak przy „Magu”, mam całkiem świeże wrażenia, bo książkę przeczytałem kilka tygodni temu i będę chciał niedługo napisać i nie jej więcej, bo to rzecz bardzo mocna i bardzo dobra. Historia ekspedycji tytułowego Vossa w niezbadany interior Australii daje bowiem mnóstwo satysfakcji czytelniczej i lektura niemal wbiła mnie w fotel. Duży rozmach ma ta proza, szeroko zatacza swe kręgi i nie daje się uwolnić czytelnikowi z objęć. Także dzięki wspaniałemu stylowi, świetnej frazie i dużej wiarygodności psychologicznej. Trzeba będzie coś więcej od White'a przeczytać.
61
41. Alexandre Dumas „Trzej muszkieterowie” (1844, pol. wyd. 1913, przekład: Stanisław Sierosławski; Joanna Guze). Są takie książki, o których nie ma specjalnego sensu zbyt wiele pisać, bo wszystko już zostało napisane, tak jak w tym wypadku. Tu chyba zgoda, nie? No i powiedzcie mi jeszcze tylko, czy był jakiś chłopak, który nie chciał być D’Artagnanem? No dobra, jakiś może był, ale wówczas na pewno chciał być innym muszkieterem. No, albo ma teraz mniej niż 40 lat… Musi być na liście, musi być wysoko, nie chce być inaczej.
62
40. John Maxwell Coetzee “Czekając na barbarzyńców” (1980, pol. wyd. 1990, przekład: Anna Mysłowska). Tu, na kolejnych miejscach, będą dwie powieści dość podobne do siebie. Ta, południowoafrykańskiego pisarza to oczywiście rzecz późniejsza i mocno inspirowana, ale to nie jest żadne epigoństwo, tylko bardzo twórcze rozwinięcie pewnych tematów i spraw. Proza Coetzee wydaje się wyjątkowo spokojna i ułożona, ale tam pod spodem mocno kipi moim zdaniem i tylko rygory literackiego rzemiosła trzymają wszystko w ryzach. W tej powieści jest duże poczucie niepewności i oczekiwania, niby alegoria, ale jakoś to wszystko bliskie i znajome.
63
39. Dino Buzzati „Pustynia Tatarów” (1940, pol. wyd. 1977, przekład: Alojzy Pałłasz). Tak jak pisałem przy poprzedniej pozycji to w zasadzie para nierozłączna i można te powieści czytać tak naprawdę jako wzajemne uzupełnienie. Tu także mamy nieokreśloną w czasie i miejscu, wysuniętą na skraju państwa w placówkę wojskową, która szykuje się na inwazję tytułowych Tatarów. Nudna służba i nieustanne oczekiwanie na w sumie nieokreślone zagrożenie to pretekst dla autora do rozmyślań o samotności, niepewności, oczekiwaniach i przemijaniu.
64
38. Anthony Burgess „Mechaniczna pomarańcza” (1962, pol. wyd. 1982, przekład: Robert Stiller). Kto czytał moją biografię (wiem, wiem, zbyt często powtarzam ten żart” ten wie, że lubię okreleśnie „jak obuchem w łeb” na coś, co mnie zwaliło z nóg i nie dało spokoju przez długi czas. Książka Burgessa, ale także adaptacja Kubricka, należą właśnie do takich pozycji. Niesamowita rzecz, która obezwładnia językowo i narracyjnie (tu duże brawa dla Roberta Stillera za polskie tłumaczenie – kongenialna sprawa). Absolutne must read powieściowe i nawet nie zapraszam do dyskusji.
65
37. John Maxwell Coetzee „Hańba” (1999, pol. wyd., przekład: Michał Kłobukowski). Druga powieść Coetzee w zestawieniu i sam trochę się dziwię, że obie tak wysoko, ale tak widocznie tak musi być. W tym wypadku jednak trudno mieć większe wątpliwości, bo to dzieło znakomite (po tym rankingu znienawidzę to słowo, mówię poważnie). Dla mnie szczególnie, bo lubię kiedy pisarz idzie wbrew moim oczekiwaniom i wyobrażeniom – tu tak jest. Historia wykładowcy literatury z Kapsztadu to znakomite studium (to słowo też przestanę lubić) obyczajowo-psychologiczne, które każe nam się zastanowić czym jest tytułowa hańba? Czym jest wstyd? Reputacja? Jak pisałem przy poprzedniej książce autora, to proza na pozór spokojna, ale tam pod spodem jest spory ładunek emocji, tyle że skrywanych, a nawet tłamszonych. Cenię sobie bardzo tego typu powściągliwość i przyglądanie się swoim bohaterom.
66
36. Edward Morgan Forster "Domostwo pani Wilcox" (1910; wyd. pol. 1977, przekład: Ewa Krasińska, później wznawiana jako "Howards End"). Gdy myślę o literaturze brytyjskiej to chyba najmocniej widzę ten tytuł, bo to w zasadzie swego rodzaju kwintesencja prozy tego kraju. Prowincja, stary dom, stare rody, konwenanse i skomplikowane relacje między bohaterami – to niby tylko obyczajówka, ale świetnie napisana i z wieloma celnymi uwagami autora o życiu i ludziach. Jedna z najlepszych „zwykłych” powieści jakie czytałem, a moim zdaniem jest dużo miejsca na tego typu literaturę.
67
35. Erich Maria Remarque „Na Zachodzie bez zmian” (1929, pol. wyd. 1930, przekład: Stefan Napierski; Ryszard Wojnakowski). Antywojenna klasyka, która wciąż robi wrażenie, choć kilka kolejnych wojen po jej opublikowaniu przecież było. To chyba jednak tu najlepiej pokazano śmierć młodzieńczej niewinności i upadek „szlachetnych ideałów” w błoto okopów . Zasłużona sława powieści, która tak naprawdę jest hołdem „straconemu pokoleniu” – tym wszystkim chłopcom, którzy zginęli setkami tysięcy w okopach na Zachodzie. I znów – im większa powieść, tym trudniej o niej pisać coś oryginalnego i osobistego. No nic, zobaczymy jak pójdzie mi dalej ;-)
68
34. Albert Camus „Dżuma” (1947, pol. wyd. 1957, przekład: Joanna Guze). W zasadzie każdy powinien ją znać, bo to chyba wciąż jest lektura szkolna w liceum, ale pewnmości nie mam. Ja czytałem dwa razy i choć ta „kanonizacja” pewnie jakoś tam zaszkodziła tej książce, to dla mnie nie jest to specjalnie ważne, bo akurat prozę Camusa cenię bardzo i dlatego umieszczam ją wysoko. A to przecież nie jedyna jego powieść w zestawieniu. No i pytanie: ja zachować siebie wobec dżumy, która jest wokół i która jest w nas?
69
33. Hermann Hesse „Wilk stepowy” (1927, pol. wyd. 1929; przekład: Józef Wittlin). To jedna z tych powieści, która czytana w młodości na zawsze zostaje z człowiekiem – tylko kiedy jest się młodym można się tak mocno utożsamiać z antymieszczańskim (no, nie tylko) buntem głównego bohatera. Być wilkiem stepowym, chodzić kędy się chce i nie zważać na to, co myśli motłoch. Ech, mrzonki, jakie słodkie, a tu przecież prawdziwe życie i tak nas doścignie. Pewnie tak wysoka pozycja tej książki to raczej z ogromnego sentymentu, ale cóż, to też jest przecież jakieś kryterium subiektywnej oceny.
70
32. Mario Vargas Llosa „Rozmowa w „Katedrze” (1969, pol. wyd. 1976, przekład: Zofia Wasitowa). Takie dzieła pisze się razy życiu – tu chyba po raz pierwszy zetknąłem się z terminem „powieść totalna”, która doskonale oddaje uczucia czytelnia po lekturze. Oszałamiająca formalnie, zniewalająca językowo i kusząca narracyjnie, a wszystko podlane jeszcze sosem latynoskiego szaleństwa. Tania knajpa „Katedra” w Limie jako soczewka skupiające dzieje Peru, gdzie władza ma zdecydowanie większy wpływ na ludzi niż gdzie indziej. Trudno chyba rozmawiać o literaturze iberoamerykańskiej bez tej powieści.
71
31. Salman Rushdie „Dzieci północy” (1982, pol. wyd. 1989, przekład: Anna Kołyszko). Autor znany głównie oczywiście z „Szatańskich wersetów”, które są bez wątpienia dobrą rzeczą, ale dopiero to dzieło ja mogę nazwać wielkim. Szeroka, epicka panorama, która zaczyna się w noc podziału dawnego kraju na Indie i Pakistan, kiedy rodzą się tytułowe dzieci (rocznica już za chwilę - 15 sierpnia 1947 roku). Rushdi świetne łączy losy jednostek i kraju, miesza rzeczywistość z lekką baśniowością, nie stroni też od satyry i dość mocnej krytyki stosunków politycznych. Jest w tej powieści pozorny chaos, ale współgra on moim zdaniem ze skomplikowaną historią tej strony świata.
72
30. J. R. R. Tolkien „Władca pierścieni” (1954–55, pol. wyd. 1961-63; przekład: Maria Skibniewska). Uff, będę pewnie za umieszczenie akurat tej powieści w tym miejscu rankingu raczej hejtowany, ale to i tak bardzo wysoko moim zdaniem. Szanuję bardzo, doceniam pracę i trud Tolkiena, uważam, że to jest wspaniały epos (żadne fantasy do cholery!), ale to na pewno nie jest najlepsza powieść w historii, to jest powieść właśnie na 30 miejsce. Rzekłem. A teraz możecie mnie pożreć…
73
29.Jaroslav Hašek “Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” ( 1921–1923, pol. wyd. 1931, przekład: Paweł Hulka-Laskowski). Nie wiem na czym to polega, ale mam wrażenie, że I wojna światowa miała jednak więcej, hm „szczęścia” (to chyba średnio właściwie słowo) to wielkiej literatury niż II w. ś., a Szwejk tego jednym z najważniejszych dowodów. Moim zdaniem Hašek nie miał zielonego pojęcia, że pisze arcydzieło, ba, on był wesoły chłop, dużo pił i chyba w ogóle był ten tego, ale literacko to jakoś samo mu wychodziło, no talent spod kamienia. Nie ma zabawniejszej powieści o wojnie moim zdaniem, choć śmiech niejednokrotnie więźnie w gardle, jak choćby wtedy, gdy drut kolczasty urywa głowę jednemu z wojaków w pociągu podążającym na front… Takie to wesołe przygody, bo wiadomo, że muchy srać na portret Franciszka nie powinny.
74
28. Marguerite Yourcenar „Pamiętniki Hadriana” (1951, pol. wyd. 1961, przekład: Hanna Szumańska-Grossowa). Jedna z najlepszych utworów o starożytnym Rzymie, o tyle niezwykłe, że to powieść epistolarna – to właśnie w listach bowiem poznajemy życie i dzieła cesarza Hadriana. A Rzym za jego panowania był przecież u szczytu swej potęgi i powieść ta tę potęgę oddaje. Są „Rzomyślania” Marka Aureliusz, ale są i te apokryficzne pamiętniki Hadriana – być może nie powinien ich zrównywać, ale dla mnie to po prostu arcypowieść. Wiem, że jest nowe tłumaczenie i zapewne się za nie niedługo zabiorę.
75
27. Kazuo Ishiguro „Okruchy dnia” (1989, pol. wyd. 1993; przekład: Jan Rybicki). Wspaniała powieść i choć już pisałem wcześniej, że „Howards End” jest arcyangielska, to ta to chyba nawet przebija, choć nazwisko autora mało brytyjskie (to Anglik urodzony w Japonii). Jest w prozie Ishiguro jakaś dostojność, ale nie to wyniosłość, jest duża uważność, ale to nie szczególarstwo. Niezwykle subtelna fraza doskonale pasuje do scenografii wielkiej posiadłości, jest też i ogromny smutek, bo nie tylko nostalgia. Biedny Stevens, który tyle lat żył nie swoim życiem…
76
26. Bohumil Hrabal „Zbyt głośna samotność” (1976 - w podziemiu, oficjalnie 1989, pol. wyd., przekład: Piotr Godlewski). Największa rzecz od Hrabala, z którą coraz bardziej się utożsamiam. Przejmująca i niezwykle smutna opowieść o Hancie, samotniku zbliżający się do emerytury, który spędził całe swoje życie na prasowaniu makulatury do recyklingu. Marna praca, powolna, ale praca, a tu Brygada Socjalistyczna kupuje konkurencyjną automatyczną prasę i tyle było dobrego. To także wspomnienie dawnej miłości i zawsze obecnej miłości do książek. Takie to wszystko przykre… 100% Hrabala w Hrabalu i jeszcze coś więcej.
77
25. James Joyce „Ulisses” (1922, pol. wyd. 1969, przekład: Maciej Słomczyński). Pewnie wielu myślało, że nie będzie, to przecież snobowanie się i pretensja do bycia ę-ą. A tu guzik – jest i bardzo dobrze, że jest, bo to niezwykle ważna i potrzebna książka. Ile razy widziałem wpisy na Twitterze czy gdzieś w sieci, że ludzie próbowali, ale polegli, że nie rozumieją, że nie wiedzą, gdzie wielkość, że nudy, że bełkot. I bardzo dobrze! Literatura musi być też wyzwaniem, przeszkodą, trudnością, nieudanym doświadczeniem. Ale spróbowałeś, nic się nikomu nie stało, a ”Ulisses” będzie sobie trwał na ważnym miejscu, na które zasługuje z wielu powodów. Choćby dlatego, że trudno znaleźć inną powieść po niej, która otwierałby tyle nowych drzwi literackich i tak bardzo redefiniowała czym w ogóle jest litratura. Czy ja się męczyłem? Oczywiście i wcale nie mam zamiaru udawać, że jestem taki wysublimowany i lektura sprawiała mi tylko radość. Nie, było też ciężko, ta książka to są ciężary, ale zdecydowanie warto się przełamywać i jeśli się ją dobrze „złapie”, to przychodzi moment, w którym wiesz, że to jest wielka powieść. Jest nowe tłumaczenie i może też spróbuję, kto wie…
78
24. Michel Houellebecq „Uległość” (2015, pol. wyd. 2015 (!), przekład: Beata Geppert). Zdecydowanie najlepsza powieść zwichrowanego Francuza (tak, powtarzam się, ale on jest zwichrowany ;-) i chyba najsmutniejsza książka o Europie jaką kiedykolwiek czytałem. Czy to dzieło prorocze? Nie mam zielonego pojęcia, ale jeśli ma się ziścić, to dokładnie tak to sobie wyobrażam – to będzie cicha, powolna, niewidoczna z dnia na dzień inwazja i wrogie przejęcie, a pewnego dnia po prostu obudzimy się w nieswoim świecie. A może będą to nasze dzieci. Houellebecq doskonale pokazał mechanizmy upadku, świetnie ujął psychologiczne zależności i słabość Europy wobec… no właśnie wobec czego? Siły? Witalności? Przebiegłości? I moim zdaniem nie ma tu ani krzty rasizmu czy ksenofobi, autor w zasadzie przyjmuje to beznamiętnie, bo skoro nie potrafimy tego zatrzymać, to przecież tak powinny być. Tak, to są strachy, być może przesadzone, może nieprawdziwe, nie mam pojęcia, ale i we mnie one też są mimo moich studiów etnologicznych, setek książek i otwartości na świat. Bo tak są zbudowani ludzie według mnie i nic na to nie poradzimy. No i ten typowy dla Houellebecqa bohater, żałosny typ, który jest człowiekiem wydrążonym od środka, w którym nic już nie zostało. Boże, ale to daje po głowie i już mam ochotę na powtórkę...
79
23. Josef Škvorecký „Przypadki inżyniera ludzkich dusz. Entertainment ze starymi tematami życia, kobiet, losu, marzeń, klasy robotniczej, tajniaków, miłości i śmierci” (1977, pol. wyd. 2009, przekład: Andrzej S. Jagodziński). Uwielbiam tę powieść i choć oczywiście jak zwykle za długo się zbieram, to muszę ją w końcu przeczytać jeszcze raz. Jedno z najlepszych dzieł opisujących 50. lat komunizmu w naszej części Europy, z Czechosłowacją na czele rzecz jasna. Jakże ta powieść sunie, jak autor prowadzi czytelnika, nie, nie za rączkę, za głowę wręcz. Dowcipna, groteskowa, wesoła, dziwna – „cieszy i przestrasza”, bo mamy tu cały ten „absurdalny teatr świata”, ze szczególnym uwzględnieniem Europy Środkowej, podany jak na tacy: „Świństwa powtarzają się w wariantach, których schematy są do siebie zawstydzająco podobne. Ab initio orbis terrarum".
80
22. Ernst Jünger „W stalowych burzach” (1923, pol. wyd. 1935, przekład: Wojciech Kunicki). I znów I wojna światowa, mam jakiegoś bzika na tym punkcie chyba, ale nic nie poradzę. Jeśli zatrzymaliście się na Remarque'u, to zróbcie krok dalej i spójrzcie na tę wojnę z zupełnie innej strony. Autorowi zarzucano militaryzm, ale moim zdaniem to jest zupełny ślepak interpretacyjny, Jüngerowi chodzi bowiem o coś zupełnie innego, choć jednak za mało miejsca, aby to dobrze i klarownie wyjaśnić (tu trzeba przywoływać sposób myślenia sprzed dwóch wielkich konfliktów XX wieku, może postaram się to zrobić innym razem). Nie jest to z pewnością książka antywojenna, choć same jej obrazy są nawet bardziej przerażające niż w „Na Zachodzie bez zmian”. No i przede wszystkim jest doskonale napisana – nie ma nic lepszego o okopach. Znów – kolejny obuch w łeb, ale książka na pewno nie dla wszystkich. Dla mnie bardzo.
81
21. Albert Camus „Obcy” (1942, pol. wyd. 1959, przekład: Maria Zenowicz, ale polecam nowe tłumaczenie Marka Bieńczyka). Wchodzimy już w ewidentne rejestry absolutnej wybitności i tu już nie ma ani pomyłek, ani wątpliwości, czy to dobre miejsce dla powieści czy nie. Dla tej moim zdaniem odpowiednie – najgłębszy utwór Camusa, który sięga w najmroczniejsze zakamarki ludzkiego życia. I śmierci, bo to historia mężczyzny bez większych właściwości, który w zupełnie przypadkowej sytuacji wplątuje się w morderstwo. Tu najważniejsze jest jednak to, co następuje po zabiciu człowieka – Meursault beznamiętnie do wszystkiego się przyznaje i przyjmuję bez słowa sprzeciwu karę śmierci. Dlaczego to robi? Czy jest zły? Czy to psychopata, czy człowiek wolny, bo wyzbyty uczuć i moralności? Czy może to po prostu swego rodzaju uczciwość? Czy Camus gloryfikuje taką postawę? Tu wszystko jest niezwykle skomplikowane i wszystko podlega kwestionowaniu moim zdaniem, stąd się bierze siła tej niewielkiej przecież książki. Tyle pytań, a głowa taka mała.
82
20. Cormac McCarthy “Krwawy południk” (1985; wyd. pol. 2010, przekład: Robert Sudół). Czasami tak jest, choć u mnie jednak rzadko, że pierwsze czytanie nie iskrzy i od początku coś nam nie pasuje – mój pierwszy raz z tą powieścią był średnio udany i po prostu się odbiłem (można zresztą znaleźć moja minirecenzję na profilu). Odbiłem się od tej ściany absolutnego zła, zepsucia i upadku. Miałem „Krwawy południk” jednak stale z tyłu głowy i w końcu zabrałem się drugi raz, całkiem niedawno, i wtedy – bum! Dotarło, weszło, wskoczyłem do środka, rozejrzałem się w końcu uważnie, bo nie na spokojnie – tu czytając spokoju się nie zazna. I załapałem i nie znam lepszej powieści, gdzie zło jest ukazane w tak plastyczny sposób, gdzie nie ma wątpliwości jak wygląda piekło. No jest to jedna z najbardziej przerażających rzeczy jakie czytałem, a trochę tego było. Warto się przebić do sedna, wtedy już wszystko jest jasne. Ja się przebiłem za drugim razem.
83
19. Fiodor Dostojewski „Biesy” (1873, pol. wyd. 1908, przekład: Tadeusz Kotarbiński). Czy jest lepsza powieść antyrewolucyjna niż ta? Szczerze wątpię, zresztą to w ogóle jest rzecz o tym jak ideologia pochłania ludzi i jak nimi miota. Ludzie zbyt łatwo poddają się doktrynom, widać to zresztą na tym naszym półdarmowym portalu – niczym się to nie różni od radykalizmu Wierchowieńskiego. Dla taki ludzi nie ma miejsca na nic innego, umysł jest tak napompowany „wielkimi sprawa”, że nic innego się już nie zmieści. No co ja zrobię, że lubię tę „dostojewszczyznę", a tu jeszcze szaleństwo rewolucyjne i ten dziki nerw.
84
18. Robert Graves „Ja, Klaudiusz” (1934, pol. wyd. 1938, przekład: Stefan Essmanowski). Kolejna powieść-legenda, znana głównie z kongenialnej adaptacji w brytyjskim serialu telewizyjnym (tak naprawdę teatrze telewizji, ale to szczegół). Znakomite studium władzy w starożytnym Rzymie, w którym największą roztropnością wykazuje się niepozorny Klaudiusz, który nie tylko jest kuternogą, ale w dodatku się jąka. I dlatego nikt nie traktuje go poważnie i nikt nie widzi w nim zagrożenia. Wielkość wykuwa się w cieniu i ciszy, strzeżcie się outsiderów ;-) Znakomite pod każdym względem, a kto zna tylko wersję ekranową, niech koniecznie nadrobi. Czysta przyjemność czytelnicza.
85
17. Evelyn Waugh “Powrót do Brideshead” (1945, pol. wyd. 1970, przekład: Irena Doleżal-Nowicka). Waugh to wybitny pisarz atmosfery i nostalgii, no i oczywiście „arcyangielski”, co Polakowi zawsze imponuje, bo my tego wszystkiego nie mamy, a jeśli mamy to nie takie (tak, tu są trawniki, które mają setki lat ;-). Dobra, trochę żartuję, ale to po prostu wyjątkowa literatura, doskonała stylistycznie (nie ma niepotrzebnego zdania i źle postawionego przecinka), która doskonale oddaje pewien moment w czasie, który już nigdy nie wróci. Są tu aspiracje, kompleksy, a wszystko świetnie oddane psychologicznie. Moje wybory czytelnicze są też takie nieoczywiste, bo to chyba największa z małych powieści. Tę lekturę traktuję zresztą wyjątkowo osobiście, także nie możecie się przyczepić, sory.
86
16. Giuseppe Tomasi Di Lampedusa „Lampart” (1958, pol. wyd., przekład: Zofia Ernstowa). W zasadzie dzieło Lampedusy to jest kwintesencja tego, czym jest wielka literatura – dobrym opowiadaniem ciekawych historii w mądry sposób. A tu jeszcze wyjątkowo elegancki i piękny sposób. Tu znów do powieści zaprowadził mnie film Viscontiego, ale choć patrzyłem obrazami, gdzie zerkali na mnie Burt Lancaster, Alain Delon i Claudia Cardinale, w niczym to nie przeszkadzało cieszyć się tym wspaniałym dziełem. I cytat, który jest mottem każdych nowych rządów: „Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak jak jest, wszystko musi się zmienić”. Zawsze i wszędzie prawdziwe. Tu także jest nowe tłumaczeni zatem i okazja do powtórki.
87
15. Thomas Edward Lawrence „Siedem filarów mądrości” (1926, pol. wyd. 1971, przekład: Jerzy Schwakopf). Dobrze, bo tu są kontrowersje czy jedna z poprzednich pozycji, czyli „W stalowych burzach” Jüngera to powieść (moim zdaniem zdecydowanie tak), zatem i tu może być problem, ale moim zdaniem nie ma wątpliwości – to robota literacka i powieść. Autobiograficzna, ale poddana obróbce, choć autentyzm jest niewątpliwie jej jednym z największych zalet. Nie jedyną oczywiście, a tak się składa, że oprócz walorów artystycznych (są wysokie, potwierdzam) lubię też jak proza ma też wartość poznawczą. A tu tego bez liku – na pewno łatwiej zrozumieć ten kawałek świata. Na początku roku recenzowałem świetną książkę „Linia na piasku. Konflikt, który ukształtował Bliski Wschód” Jamesa Barra i tak naprawdę nie ma do niej lepszego uzupełnienia niż dzieło Lawrence’a. Lawrence’a z Arabii (film też jest doskonały).
88
14. Wieniedikt Jerofiejew “Moskwa — Pietuszki” (1969-70, niepełne oficjalne wydanie: 1989, pol. wyd. 1976 (emigracyjne), przekład: Andrzej Drawicz). Być może Jerofiejew zamknął w tych niecałych dwustu stronach cały rosyjsko-sowiecki tragizm – to zatrucie duszy i ciała, które jest tak powszechne w tym kraju. Nie wiem, tak czuję, a ten „poemat autobiograficzny” jak sam nazwał go autor, to jedna z najsmutniejsza książek świat, a przecież i do śmiechu tu sporo. Absolutny dramat życia zamknięty w alkoholowym delirium to nic innego niż wycie o odrobinę oddechu i szczęścia. Wyprawa do Pietuszek to podróż w głąb duszy domorosłego filozofa, który spirytualia niemal dosłownie miesza z metafizyką. Powieść powtórzona po latach nie tak dawno, a że ja już nieco mądrzejszy, ale też bez przesady, to znacznie mocniej do mnie przemówiła niż do dawnego mnie.
89
13. William Golding „Władca much” (1954, pol. wyd. 1967, przekład: Wacław Niepokólczycki). To z pewnością jedno z najlepszych przeżyć literackich w moim życiu, kilka razy wracałem i zawsze zostawiała na mnie ogromne wrażenie. Opowieść o grupie chłopców-rozbitków to doskonała próba dotarcia do korzeni człowieczeństwa, cywilizacji, władzy i wreszcie do tego, skąd się bierze zło w ludziach. Sentencjonalnie można powiedzieć: tacy byliśmy, tacy jesteśmy, tacy będziemy – trudno o lepszą dekonstrukcję mitu o „szlachetnym dzikusie” i „tabula rasa”. Trudno też o lepsze zagłębienie się w ludzkim atawizmie. Literatura, która wgryza się w czytelnika. Do kości.
90
12. Sándor Márai „Żar” (1942, pol. wyd. 2000, przekład: Feliks Netz). Jeśli ktoś myśli, że wielka literatura musi się żywić tylko wielkimi tematami, to ja ten pogląd odrzucam – kameralność, a nawet intymność powieści bywa czasem jej największą zaletą. Tak jak tu – bo to wyżyny literackiego kunsztu od Wielkiego Madziara. Powieść to właściwie monolog głównego bohatera, 75-letniego emerytowanego oficera, który pełen jest retrospekcji i wspomnień, wspaniale budujących panoramę zdarzeń, ale przede wszystkich doskonale malujących portrety psychologiczne głównych postaci. Oprócz ogromnej satysfakcji z pięknie ułożonych zdań, mamy tu także niezwykle istotną warstwę filozoficzno-etyczną, dotyczącą uczuć, wspomnień o nich, pamięci i jej roli, budowania w sobie wyobrażeń na temat innych ludzi, osądzania dawnych czynów i słów.… Wspaniała.
91
11. Cormac McCarthy „To nie jest kraj dla starych ludzi” (2005, pol. wyd. 2008, przekład: Robert Sudół). Do tej pory żałuję, że wyrzuciłem adaptację braci Coen tej powieści z moje setki najlepszych filmów, ale z książką już tego błędu nie popełnię, bo to dzieło zupełnie wyjątkowe i niezwykłe. Western kryminalno-mistyczny, który jest nie tylko historią pewnego myśliwego przywłaszczającego sobie walizkę z pieniędzmi kartelu, ale to przede wszystkim opowieść o przemijaniu i złu, które przychodzi w tajemnicy i nie wiadomo skąd. Rozmyślania starego policjanta to także niezwykle mądry, celny i przenikliwy obraz Ameryki i tego jak się zmieniała i zmienia. Rzadko są powieści, w których więcej dzieje się w niedopowiedzeniach niż w podanych zdaniach i akapitach, a tu tak jest – aura tajemniczości, niepokoju i niepewności jest wręcz dojmująca. A może miarą wielkiej literatury jest po prostu szybkość i intensywność jej pochłaniania, hm? Jeśli tak, to ta jest na pewno wybitna - przeczytałem ją ciurkiem w kilka wieczorowych i nocnych godzin. Niebywały magnetyzm.
92
10. Italo Calvino “Jeśli zimową nocą podróżny” (1979, pol. wyd. 1989, przekład: Anna Wasilewska). Doskonale pamiętam moje pierwsze zetknięcie z tą książką – był 1998 rok, księgarnia PIW na Foksal i ja, który za namową kolegi postanowiłem kupić summę literackich dokonań włoskiego pisarza. Od razu odwinąłem zakupiony egzemplarz z folii i jeszcze w autobusie do domu zaczęła się jedna z najwspanialszych przygód literackich mojego życia. To oczywiście dzieło na wskroś postmodernistyczne, ale moim zdaniem nie starzeje się ono wcale, nie jest to tylko pusty eksperyment, ale wciąż genialna powieść do czytania i... eksplorowania. Choć mówienie o powieści też chyba mija się z celem, bo to coś dużo bardziej pojemnego i intrygującego niż klasyczna proza. To dzieło, która cieszy na wielu poziomach i daje tak dużo satysfakcji czytelniczej, że mam tak naprawdę kompletnie gdzieś czy jest ona postmodernistyczna czy "jakaś tam z bardzo mądrym przedrostkiem", a przekraczanie ograniczeń formalno-kategoryzacyjnych to dla mnie cecha prozy wybitnej. Arcydzieło, kropka zwykła.
93
9. Sándor Márai “Wyznania patrycjusza” (.1934, pol. wyd. 2002, przekład: Teresa Worowska). Największe moim zdaniem dzieło Máraiego (tu dodam od razu, że nie czytałem wszystkiego niestety jeszcze), które zachwyca od pierwszej stronicy do ostatniej. To głęboko refleksyjna podróż do kraina dzieciństwa i młodości w Kassa czyli dzisiejszych Koszycach, do której pasują wszystkie te wyświechtane określenia literackie o wspaniałości (swoją drogą przy krytykowanie książek mam chyba bogatsze słownictwo niż przy chwaleniu…). Czytając tego pisarza, od razu wyczuwam z nim doskonałe powinowactwo i bliskość oraz poczucie przynależności do wspólnej, środkowoeuropejskiej spuścizny, mimo, że ja nie jestem przecież dzieckiem z patrycjuszowskiej rodziny. Niezwykle plastyczna to proza, a przy tym mądra i intrygująca. To książka wielowarstwowa i wielowątkowa, bo jest tam sporo o chęci wyrwania się do świata i o niemożności zrobienia tego, ale jest też w niej ogromna nostalgia i sentyment. Wspaniała opowieść doskonale ożywiająca miniony świat, do którego nie ma powrotu. Arcypowieść.
94
8. Franz Kafka „Proces” (1925, pol. wyd. 1936, przekład: Józefina Szelińska). Zaskoczenie? No tym to chyba nie bardzo, ale wiecie, to już pierwsza 10. i być może moje ekstrawagancje się skończyły i będzie przewidywalnie. No cóż ja mogę napisać – facet w zasadzie przewidział cały XX wiek i jego absurdy, nie wiadomo tylko, że śmiać się z tego czy płakać. Czytane kilka razy, za każdym jakiś nowy trop i interpretacyjna zagwozdka i to jest chyba w niej najlepsze i najfajniejsze. Lubię szalenie, cenię niezmiernie, szanuję w opór i dobrze, że to jest lektura szkolna (bo wciąż jest, prawda?) - to w niczym wielkim książkom nie przeszkadza moim zdaniem. Kto ma przeczytać, ten przeczyta. A, tu też jest nowe tłumaczenie i muszę je w końcu dorwać.
Okładka z mojego ulubionego wydania londyńskiego Pulsu.
Okładka z mojego ulubionego wydania londyńskiego Pulsu.
95
7. Fiodor Dostojewski „Bracia Karamazow” (1880, pol. wyd. 1913, przekład: wiele, ale tu chyba można polecić Aleksandra Wata i Adama Pomorskiego). Według mnie najbardziej przejmująca powieść pisarza, a całość przybiera rozmiary nie jednej tragedii greckiej, ale całej antologii. Niesamowita książka, która chyba jak żadna dotyka sedna tego, co siedzi w człowieku najgłębiej. Trudno się pisze o takich olbrzymach literackich w kilku zdaniach, zatem reszta niech będzie milczeniem. Milczeniem zachwytu.
96
6. Thomas Mann „Czarodziejska góra” (1924, pol. wyd. 1953, przekład: Józef Kramsztyk, Władysław Jan Tatarkiewicz). Najpiękniej odmalowana śmierć Europy, choć może jeszcze nie śmierć, ale przedśmiertne konwulsje. Bo wiecie, na starym kontynencie trzy miesiące w Davos zawsze potrwają siedem lat i spokojnie urządzimy się w tym przemiłym sanatorium, (a wojna to przecież na pewno skonczy się za dwa tygodnie, gdzie tam cztery lat). Napisać taka genialną, wielką powieść, to nie lada sztuka – przecież ile tu znaczeń, warstw, symboli, odwołań... A całość mistrzowsko skonstruowana i doskonale podana. Biedna ta nasza Europa, która i teraz coś za bardzo pokasłuje…
97
5. Michaił Bułhakow „Mistrz i Małgorzata” (1973, pol. wyd. 1969 (ocenzurowane): Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski, ale lepsze nowsze Andrzeja Drawicza lub jeszcze nowsze Leokadii Anny Przebindy, Grzegorza Przebinda i Igora Przebindy). To w sumie dziwne, że Bułhakow napisał coś tak genialnego, bo reszta jego twórczości to mocno średnia moim zdaniem jest. No, ale tu jakiś anioł pisarstwa zleciał z niebios i obstalował mu pióro. Znów pozycja, która wymyka się jednoznacznym interpretacjom i to jest jej największa siła. Bogactwo literackie onieśmiela i każe do lektury tej powieści wracać co jakiś czas, co też robię. I jak każde wielkie dzieło ma „Mistrz i Małgorzata” swoich wrogów, trudno, każdy może się mylić ;-)
Ps. Przepraszam, ale skasowałem poprzedni wpis, bo wkradł się tam bardzo brzydki błąd, a nie chce żeby przy ostatniej piątce coś takiego było.
Ps. Przepraszam, ale skasowałem poprzedni wpis, bo wkradł się tam bardzo brzydki błąd, a nie chce żeby przy ostatniej piątce coś takiego było.
98
4. Joseph Conrad „Jądro ciemności” (1902, pol. wyd. ?, przekład: Aniela Zagórska; Magdalena Heydel). Musze przyznać, że ja z prozą Conrada to mam generalnie pewien problem i w dużej mierze uważam ją za dość suchą i… nudną, choć szanuję za styl i precyzję myśli. Jest jednak jeden bardzo mocny wyjątek – właśnie to dzieło. Jest w nim coś zupełnie obezwładniającego, co wciąga jak ruchome piaski lub może bardziej jak moczary, im dalej, tym bardziej zasysa do środka. Zmieścić taki gęsty tekst na nieco ponad stu stronach to niesamowity wyczyn. Doskonała rzecz, dla mnie zupełnie fenomenalna, a jeśli tylko pomyślę o tym jakie ona ma znaczenie dla literatury, filmu i kultury ogólnie, to nie mam wątpliwości, że musi się znaleźć na tak wysokim miejscu.
99
3. George Orwell „1984” (1949, pol. wyd. 1953 – emigracyjne, przekład: Juliusz Mieroszewski, nowe - Andrzej Jankowski). Powieść-symbol, powieść-znak, powieść-legenda i można tak długo, ale mam wrażenie, że ona jest taktowana (już nie mówię, że czasem po prostu prymitywnie wykorzystywana i przywoływana) tylko jako pewien emblemat właśnie. Gdy miałem 20 lat to też zdecydowanie bardziej skupiałem się na wątkach antyutopijnych, nowomowie i podobieństwach do znanych dyktatur – to wszystko zostało we mnie z pierwszego czytania i jasne, to jest oczywiście niezwykle ważne. Ale przeczytałem ją ponownie całkiem niedawno i uderzyło mnie jaka to jest znakomita, prawdziwie wielka literatura po prostu – niezwykle precyzyjna struktura utworu, świetna, głęboka i wiarygodna psychologia postaci, ale też umiejętnie i celnie oddana psychologia społeczna, przenikliwość ocen i trafność wielu obserwacji. No mój Boże, czego chcieć więcej i moim zdaniem trudno znaleźć coś lepszego w XX wieku niż dzieło Orwella. A może jednak? Zatem miejsce 3.
100
2. Marcel Proust "W poszukiwaniu straconego czasu” (1913, pol. wyd. 1937–1939 i 1960, przekład: Tadeusz Boy-Żeleński, Maciej Żurowski, Magdalena Tulli, Julian Rogoziński, Krystyna Rodowska, Wawrzyniec Brzozowski). Niedawno recenzowałem świetną książkę Douwe Draaismy “Dlaczego życie płynie szybciej, gdy się starzejemy”, która jest między innymi o pamięci, jej przeżywaniu i przetwarzaniu i o dziwo ona mnie tylko utwierdziła w przekonaniu, że to ogromne dzieło Prousta jest najzwyczajniej w świecie nadpowieścią (ja traktuje 7-tomów jednak jako całość).
Im jestem starszy tym bardziej ją doceniam, chociaż wiem, że to dla wielu literatura nawet memicza, bo wiadomo 10-stronicowe opisy pośladków i jakie to niebywałe snobowanie się. Ech, ludzie, weźcie sobie do ręki „Stronę Guermantes”, usiądźcie wygodnie w ogrodzie, swoim ulubionym fotelu lub na plaży i oddajcie się temu przepięknemu strumieniowi niebywałego piękna. Nie przepadam za magdalenkami, ale uroczyście oświadczam, że nie ma większej literatury.
Im jestem starszy tym bardziej ją doceniam, chociaż wiem, że to dla wielu literatura nawet memicza, bo wiadomo 10-stronicowe opisy pośladków i jakie to niebywałe snobowanie się. Ech, ludzie, weźcie sobie do ręki „Stronę Guermantes”, usiądźcie wygodnie w ogrodzie, swoim ulubionym fotelu lub na plaży i oddajcie się temu przepięknemu strumieniowi niebywałego piękna. Nie przepadam za magdalenkami, ale uroczyście oświadczam, że nie ma większej literatury.
101
1. Fiodor Dostojewski “Idiota” (1869, pol. wyd. 1908-09, przekład: Helena Grotowska). Kocham literaturę, kocham wszystkie gatunki, jeśli tylko powieść jest dobra, kocham zabawy literackie, nihilizm, cynizm, satyrę, grozę, modernizm, postmodernizm, ale na końcu tak naprawdę zawsze powinno być dobro, piękno i mądrość, co razem daje szlachetność i prostotę ducha. Kto widział mój ranking najlepszych filmów, ten mógł się może domyślać mojego wyboru najlepszej powieści w historii – bo to był wybór bardzo podobny w gruncie rzeczy, ale też przemyślany i świadomy. Włóczęga ze „Świateł wielkiego miasta” jest przecież niczym Książę Myszkin, solą ziemi i prawdziwym człowiekiem, choć przecież całkowicie wymyślonym. Przeczytałem tę powieść trzy razy i za każdym miałem ten rodzaj rozczulenia, które ma rodzic patrzący na uśmiechające się dziecko. Idiota ze mnie, nie?



































































































